Klerycy proponują Adwent ze świętymi

Data dodania: 2017.11.28

Kolejny raz klerycy sosnowieckiego Seminarium Duchownego będą dzieli się z nami adwentowymi rozważaniami. W tym roku każdy z nich opisał w nim historię swojej przyjaźni z wybranym świętym, który w drodze do kapłaństwa jest dla niego szczególnym wzorem. Cykl "Klerycki kalendarz adwentowy ze świętymi" będzie publikowany w tym artykule (dostępnym pod bannerem na górze strony i w zakładce "POLECANE") na naszej stronie oraz na Facebooku codziennie od I niedzieli Adwentu aż do 26 grudnia.

"Ojcowie Kościoła zachęcali, by w swoim życiu mieć osoby, które będą na wyższym poziomie intelektualnym, kultury i ducha. Pozwala to na rozwój, a także na to, by dla innych również być taką właśnie osobą. Wyjątkowymi przewodnikami i mistrzami (a czasem nawet przyjaciółmi) są święci. Osoby które już wspięły się na najwyższy szczyt – świętość. Ich życie pozwala nam dostrzec, że droga rozwoju ku Mądrości Odwiecznej jest możliwa. Że nasze ludzkie możliwości otwarte na nieskończoną pomoc z Nieba pozwalają na pewne wędrowanie po ścieżkach powołania, którym Bóg obdarza. Zaprzyjaźnianie się ze świętymi w seminaryjne formacji ku Chrystusowemu kapłaństwu jest konieczne. Dlatego tak wiele uwagi przykładamy do tego, by przez lektury duchowe poznać, a może nawet wejść w bliższą relację ze świętymi. Stają się oni mistrzami, z którymi można być, im się przysłuchiwać, podpatrywać jak rozwiązują problemy i trudności ludzkiego życia, a także jak idą za Chrystusem w swoim powołaniu" – wyjaśnia ks. Konrad Kościk, rektor sosnowieckiego Seminarium.

Wśród opisanych przez diakonów i kleryków świętych znaleźli się ci współcześni, jak Jan Paweł II, Matka Teresa, o. Pio czy ks. Popiełuszko oraz pochodzący z dawnych wieków – m.in. Huan Diego, Marcin, Stanisław Kostka czy Karol Boromeusz. Nie zabrakło patrona seminarium, św. Józefa, oraz patrona diakonów – św. Szczepana, o którym rozważanie zamknie cały cykl. Poczet 24 świętych patronów ma być w wyjątkowych dniach Adwentu wskazaniem na niebo, ale także zachętą dla młodych do odkrywania powołania i apelem o modlitwę, aby Pan żniwa wyprawił nań kolejnych robotników.

"Zachęcam, by kleryckie rozważania o ich znajomości ze świętymi, pomogły nam poznać i zaprzyjaźnić z tymi którzy, będą nas ciągnęli ku Górze. Proszę też o stałą pamięć w modlitwie o naszych klerykach!" – apeluje ks. Kościk.

 

 

ŚRODA (13 GRUDNIA) – BŁOGOSŁAWIENI ZBIGNIEW STRZAŁKOWSKI I MICHAŁ TOMASZEK

Z tymi błogosławionymi po raz pierwszy zetknąłem się w 2008 r., gdy rozpocząłem naukę w Katolickim Liceum Ogólnokształcącym im. św. Franciszka w Legnicy. Z tym właśnie miejscem byli związani męczennicy z Pariacoto. Ojciec Zbigniew był wicerektorem ówczesnego Niższego Seminarium Duchownego, a ojciec Michał absolwentem tej szkoły. I właśnie tam, gdzie każdy z nich w jakimś stopniu pozostawili cząstkę siebie, dojrzewało moje powołanie do kapłaństwa. Choć zrezygnowałem z seminarium w Legnicy, to jednak po czasie zrozumiałem swój błąd i pragnąłem powrotu. Zacząłem wtedy modlitwę za ich wstawiennictwem, prosząc o ich rychłą beatyfikację. Dzięki ich orędownictwu mogę kroczyć drogą powołania, do którego wybrał mnie Jezus.

Od początku fascynowałem się sylwetkami tych świętych ojców. Nie tylko przez akt męczeństwa w imię Jezusa, lecz także przez to, co tę chwalebną śmierć poprzedziło. Ich posługa misyjna wśród społeczności peruwiańskiej jest dla mnie przykładem jak powinna wyglądać praca duszpasterska: głoszenie Ewangelii oraz pomoc najuboższym.  Ich posługa wywarła szczególny wpływ na tamtejszą społeczność. Do dziś pielgrzymują do ich grobów tysiące pątników.

Prośmy tych błogosławionych o nowe powołania do życia kapłańskiego, zakonnego i misyjnego oraz za powołanych by wytrwali na tej drodze do końca tak, jak oni to uczynili.

kl. Marcin Czyżowicz – rok V

 

 

 

WTOREK (12 GRUDNIA) – ŚWIĘTY OJCIEC PIO

Francesco Fogione to święty stygmatyk z Pietreciny, najczęściej znany jako Ojciec Pio. Śmiało mogę powiedzieć, że jest to święty, którym byłem bombardowany z każdej strony przez osoby, które było blisko mnie, nie tylko w Seminarium. Postać Ojca Pio na drugim roku formacji odegrała w moim życiu dużą rolę. Kulminacją tego wszystkiego było spotkanie ze świętym. Jakby się mogło wydawać zwykła niedziela powołań, lecz już po pierwszej Mszy św. wiedziałem, że tak nie będzie. Ksiądz proboszcz na ogłoszeniach wspomniał, że w tym tygodniu będzie nabożeństwo do tegoż świętego z ucałowaniem relikwii. Po zakończonej Mszy św. od razu spytałem kapłana, czy ja również mogę ucałować relikwie. Od tego dnia codziennie modlę się za wstawiennictwem Ojca Pio.

Najbardziej w jego postawie pociąga mnie miłość do bliźniego – swoich synów i córek duchowych – oraz całkowite posłuszeństwo: najpierw Bogu, a zaraz potem przełożonym, w których widział Boga. Przez ciągłą walkę z szatanem i własne cierpienie wiedział, że jednoczy się z cierpiącym Chrystusem.

Ojciec Pio to dobry wzór do naśladowania dla przyszłego kapłana, ponieważ z jego biografii i listów płynie wiele ciepła i ojcostwa, a w końcu kapłan ma być ojcem dla parafian i każdego spotkanego człowieka.

Modlitwa Świętego Ojca Pio: Przeszłość moją, o Panie, polecam Twemu miłosierdziu. Teraźniejszość moją, polecam Twojej miłości. A moją przyszłość oddaję w ręce Twojej Opatrzności.

kl. Adam Rogal – rok IV

 

PONIEDZIAŁEK (11 GRUDNIA) – ŚWIĘTY SZARBEL

"Świętość", "święty" – dla mnie te wyrazy były jakoś dziwne obce. Obce nie dlatego, że nie wierzyłem wcześniej w Boga, tylko po prostu dlatego, że niestety wydawał mi się On nieszczególnie bliski dla zwykłego człowieka wierzącego. Tylko był pewien problem: nie byłem do końca takim zwykłym człowiekiem, bo niedługo po pierwszej Komunii świętej zostałem członkiem Liturgicznej Służby Ołtarza przy mojej parafii, potem nawet byłem członkiem Ruchu Światło – Życie, a następnie działałem aktywnie w przygotowaniach do Światowych Dni Młodzieży w naszym kraju.

Zawsze mi czegoś brakowało – czasami tylko zaangażowania, czasem wytrwania na modlitwie, czy wewnętrznej pracy nad sobą, a czasami tego wszystkiego jednocześnie. Działo się tak do momentu, aż sięgnąłem po książkę o św. Szarbelu. Sięgnąłem po nią przypadkiem z ciekawości i – jak to bywa ze mną – szybko przeczytałem. Kim ten święty był ? Mnichem pochodzącym z Libanu żyjącym w XIX wieku. Był on osobą żyjącą żywą wiarą w Pana Boga oraz osobą, która już za życia czyniła cuda. Czego ten święty może mnie, żyjącego dzisiaj nauczyć? Żyjąc według przykazań Bożych i pełniąc Jego wolę mogę powiedzieć za świętym Pawłem: "Wszystko mogę w tym, który mnie umacnia", jeżeli zaufam Bogu w pełni.

Święty Ojcze Szarbelu, który wyrzekłeś się przyjemności światowych i żyłeś w pokorze i ukryciu, a teraz przebywasz w chwale nieba, wstawiaj się za nami. Rozjaśnij nasze umysły i serca, utwierdź wiarę i wzmocnij wolę. Rozpal w nas miłość Boga i bliźniego, a przede wszystkim pomagaj iść codziennie drogą świętości do życia wiecznego.

kl. Przemysław Kosobudzki – rok II

 

 

II NIEDZIELA ADWENTU (10 GRUDNIA) – ŚWIĘTY KAROL BOROMEUSZ

Szesnasty wiek nie był dla Kościoła katolickiego czasem łatwym. Można się zżymać na rozpoczętą przez Lutra reformację, ale cała sytuacja nie była tak czarno – biała, jakbyśmy chcieli ją widzieć. I choć nie lubię gdybania, to w alternatywnej wersji historii wiele rzeczy dobrych dla Kościoła mogłoby nie powstać, lub zostałyby wdrożone z opóźnieniem.

Gość z garbatym nosem, w dziwnej czerwonej czapce – no fajnie, pomyślałem sobie, gdy pierwszy raz na poważnie zastanawiałem się nad postacią mojego chrzcielnego patrona. O ile "Karol" jeszcze mogłem dość prosto zrozumieć – imię to nie należy do najrzadszych – to już "Boromeusz" było dla mnie czymś zupełnie nieznanym. By dowiedzieć się czegoś o świętym, który miał wycisnąć swego rodzaju piętno na moim życiu, musiałem trochę pogrzebać w książkach (Internet dopiero zaczynał raczkować). W taki oto sposób zaczynałem się stopniowo identyfikować z tą postacią.

Stawiając różnorodność przed jednolitością, jednostkę nad grupą (nie negując oczywiście idei poświęcania się dla innych i konieczności istnienia pewnej dyscypliny), mój wzrok przyciągały zwykle postacie wyraziste, ludzie z krwi i kości. Kimś takim był na pewno św. Karol Boromeusz. Dobrze znał on swoje słabości – w końcu pisze się, że jego symbolem była pokora. Nie przeszkodziło mu to jednak w wyznaczaniu sobie celów ambitnych, ale na miarę własnych możliwości. Potrafił również wykorzystać swoje mocne strony, a w pewnych wypadkach pomagały mu – prawda czasem może być wstydliwa – rodzinne koneksje. Widocznie takie były Boże plany (dość wspomnieć co usłyszałem na jednym z wykładów z zakresu historii Kościoła: mój patron to najlepszy owoc dawnego nepotyzmu).

Trwanie przez całe życie u boku jednej osoby – czy to małżonka, czy przyjaciela, czy świętego patrona – choć tak pełne uroku, nie zawsze jest czymś ciekawym. Tylko czy to wrażenia estetyczne mają o wszystkim decydować? Z tego właśnie powodu najbardziej odpowiadającym mi słowem na określenie mych relacji z kimś innym było wzajemne towarzyszenie sobie na drodze powołania. Mało spektakularne, ale konsekwentne. Bardziej w ciszy, niż w hałasie. Słuchanie, a nie mówienie. Zwykle mi to wystarczało i nadal wystarcza – ze strony św. Karola nigdy nie spodziewałem się fajerwerków.

Bardziej podoba mi się jego postać w charakterze znaku. Mówi się, że słowa uczą a przykłady pociągają i, mimo tego, że Boromeuszowi nie brakowało nigdy słów, to bardziej przemawia do mnie jako święty na trudne czasy. Wbrew oporowi oraz niechęci niektórych środowisk był zdecydowany dokonać pewnych zmian i tego, co sobie obiecał, dotrzymał. Każdą zmianę wypada zacząć od siebie – jest to tak zwana oczywista oczywistość. Także w tym aspekcie lubię świętego Karola. Potrafił zrezygnować chociażby z bogactwa, co przyszło mu tym trudniej, że w młodości poznał jego smak. Potrafił zrezygnować z dobrej opinii, co dla szlacheckich rodów zawsze było w cenie. Potrafił wreszcie zrezygnować z wygodnych układów i wzajemnego poklepywania się po plecach.

Co otrzymał w zamian? Szacunek i pamięć potomnych, ponieważ jego bezkompromisowość dotyczyła przede wszystkim pełnienia dobra (w tym dzieł miłosierdzia – potrafił ze swego bogactwa zrobić użytek). I o ile postacie jego wrogów okryła mgła zapomnienia, to pamięć o świętym Karolu Boromeuszu trwa nadal. Mając takiego patrona można nie przejmować się przeciwnościami.

Święty Karolu dziękuję Ci za Twoją osobę, otwierającą me oczy na tak wiele rzeczy i towarzyszącą mi w życiu! Amen.

kl. Karol Goc – rok V

 

SOBOTA (9 GRUDNIA) – ŚWIĘTY JUAN DIEGO CUAUHTLALTOATZIN

Byli święci, którzy zostawili po sobie tysiące zapisanych stron o Bogu, byli i tacy, którzy zasłużyli się milionami wypowiedzianych słów Dobrej Nowiny, ale czcimy w Kościele i takich, którzy nie mogą pochwalić się żadnymi spektakularnymi statystykami na polu przekazu Ewangelii.

Juan Diego jest jednym z nich. Chrzest przyjął około pięćdziesiątego roku życia. To, co poprowadziło go na ołtarze, stało się w najzwyczajniejszej z chrześcijańskich czynności - w drodze do kościoła. Ukazała mu się Matka Boża, między innymi z prośbą o wybudowanie w miejscu objawienia świątyni. Juan powierzył tę sprawę miejscowemu biskupowi i jedyną zasługą, jaką można mu przypisać, był upór i posłuszeństwo w realizowaniu słów powierzonych mu przez Maryję. Resztę życia poświęcił służbie w tej świątyni.

Dlaczego - choć zrobił tak mało - uczynił tak wiele? Bo pozwolił Bogu i stał się narzędziem w Jego ręku. Zaufał Mu i uwierzył, że nie wszystko musi odbyć się tylko za sprawą własnych działań. Zrozumiał swoją rolę w Bożym planie i poddał się jej. Ewangelia do Ameryki przypłynęła wraz z kolonizatorami. Z innego świata, innej kultury, innych zwyczajów. Maryja objawiająca się na indiańskim płaszczu, ofiarująca indiańskie kwiaty, była znakiem "Boga, który nie zważa na różnice rasy czy kultury. Juan Diego [...] odkrył głęboką prawdę o nowej ludzkości, w której wszyscy są powołani, by być dziećmi Bożymi w Chrystusie". I przypomniał, że czasami przysłużymy się najbardziej, robiąc dokładnie tyle, ile do nas należy.

Dlaczego on, a nie którykolwiek z tysięcy innych świętych, których co dnia przywołujemy w modlitwie? Bo w świadectwie jego świętości jest tak dużo działania Boga, jak to tylko możliwe. Bo przekonuje mnie, że chrześcijaństwo nie jest konkursem piękności, kreatywności, intelektu. Bo przypomina, że w wierze nie ma między nami rywalizacji, a współpraca, której uczymy się ze współdziałania z Bogiem. I że Bóg powołuje człowieka z całą jego historią, charakterem, umiejętnościami i niedostatkami, z pełną ich świadomością - i mimo tego z niego nie rezygnuje.

Umiłowany Juanie Diego! Wskazuj nam drogę prowadzącą do Czarnej Madonny z Tepeyac, aby nas przyjęła do swego Serca, gdyż Ona jest Matką kochającą i litościwą, która prowadzi do prawdziwego Boga. Amen.

kl. Tomasz Jaskuła – rok IV

 

UROCZYSTOŚĆ NIEPOKALANEGO POCZĘCIA NMP (8 GRUDNIA) – ŚWIĘTA BERNADETA

Św. Bernadeta Soubirous to dziewczyna, której Matka Boża objawiła się w roku 1858 w Lourdes. W trakcie tych objawień Maryja prosiła Bernadetę między innymi o to, aby codziennie modliła się różańcem. Przebywając w Lourdes w 2016 roku, już po decyzji o wyborze seminarium, zrozumiałem że Matka Boża i mnie wzywa do modlitwy różańcowej oraz do pełnego i bezgranicznego oddania się w opiekę Maryi. Wiąże się to także z zaufaniem do Matki Bożej, którego też uczyłem się i nadal się uczę od św. Bernadety. Na polecenie Matki Najświętszej zaczęła ona kopać źródło (co mogło się wydawać bezsensowne ludziom którzy na nią patrzyli), z którego do dziś płynie uzdrawiająca woda.

Śmiało mogę powiedzieć, że św. Bernadeta odgrywa w moim powołaniu znaczącą rolę – bardzo często proszę ją o wstawiennictwo za mną, za moim powołaniem, za moją rodziną. To dzięki wizycie w Lourdes zapragnąłem modlić się jak najczęściej modlitwą różańcową, dzięki czemu staram się oddawać w opiekę Maryi. Bernadeta sama chorowała i znosiła wiele cierpień, a mimo to postanowiła oddać swoje życie na służbę Bogu i ludziom przez pójście do zakonu, gdzie spędziła ostatnie 12 lat swojego życia. Między innymi przez to jest dla mnie wzorem oddania swego życia na służbę Bogu i  ludziom.

Święta Bernadeto, która nie wahałaś się poświęcić swojego życia dla Boga, prosimy cię wypraszaj u Boga nowe powołania kapłańskie i zakonne, a dla tych, którzy już zdecydowali się podjąć ten trud i wysiłek, wypraszaj wszelkie potrzebne łaski.

kl. Artur Sikora – rok II

 

 

CZWARTEK (7 GRUDNIA) – ŚWIĘTY SZYMON Z LIPNICY

Ta niezwykła znajomość zaczęła się już prawie 20 lat temu. Gdy byłem mały bardzo lubiłem lato. Pochodzę z wioski. Latem nie ma szkoły i jest dużo Słońca. Są też żniwa i trochę pracy na polu. Za wielu świętych nie znałem mając te 7-10 lat. Był jednak jeden, o którym ciocia z Lipnicy Murowanej opowiedziała mi pewną historię. Mówiła, że gdy Szymon był mały i wracał z innymi dziećmi z wyprawy na górkę – z przerażeniem spostrzegł, że Lipnica płonie. Od razu zrozumiał, że jako dzieci nie zdołają ugasić ognia. Natychmiast padł na kolana. Krzycząc przywołał do siebie pozostałe dzieci i polecił im modlić się o uratowanie miasta. Po kilku chwilach zaczął padać niezwykle obfity deszcz, który w mgnieniu oka ugasił cały pożar. Ciocia opowiadała, że choć Szymon żył bardzo dawno temu to nadal jest niezawodny… I to była prawda.

Trochę to nierozsądne, ale sprawdzałem go często będąc młodym chłopakiem. Latem bywają chwilę kiedy jest sporo pracy, kiedy zbiory lub siano mogą być zalane, bo nad głowami snują się już ciężkie chmury. Pamiętam jak bardzo często - tak żeby nikt nie widział – zaciskałem pięści i modliłem się do św. Szymona, żeby coś zrobił, żeby wytrzymało bez deszczu jeszcze chociaż 20 minut, żebyśmy dowieźli to siano, słomę, czy co tam było. I jak opowiadałem mu, że to bardzo, bardzo ważne, że wszyscy ciężko pracowali i u sąsiada też nie zwieźli jeszcze, i za chwilę pobiegniemy pomagać i jemu, więc potrzeba trochę więcej niż 20 minut… Chyba zawsze się udawało. Zdarzało się, że ulewa zaczynała się kilka minut po skończonej pracy. Jaka radość mnie przepełniała, gdy słyszałem jak starsi mówili, że to "pewnie na rzece stanął deszcz", albo że po prostu "udało się". Nie "udało się" – to Szymon.

Tak było dawniej. Choć nadal nie wiem kiedy dokładnie żył ten święty, to stał mi się jeszcze droższy, gdy poznałem dzieła, których dokonał w życiu. Nie bez powodu tuż po jego śmierci nazywano go "spragnionym zbawienia wszystkich". Był niestrudzony. Wybitny kaznodzieja. Mówił mądrze i jasno. Gdy Kraków zaatakowała epidemia cholery niestrudzenie otaczał chorych opieką i udzielał sakramentów. Zaraził się chorobą i zmarł, a przed śmiercią polecił, by pochowano go pod progiem – po to, by wszyscy po nim deptali. Przez wiele lat prosiłem go tylko o to, by padał lub nie padał deszcz.

Teraz, po latach, jestem diakonem i proszę Cię, św. Szymonie, byś nieustannie wzbudzał we wszystkich ludziach pragnienie zbawienia, a we mnie rozpalał troskę i odwagę do niestrudzonego otaczania ich opieką i udzielania sakramentów.

dk. Krzysztof Jabłoński

 

ŚRODA (6 GRUDNIA) – ŚWIĘTY IGNACY LOYOLA

Święty Ignacy Loyola to żarliwy czciciel Jezusa, patron rekolekcji duchowych, założyciel Towarzystwa Jezusowego i autor ''Ćwiczeń duchowych", które kształtują nasze życie wewnętrzne, modlitewne i duchowe. Ignacy Loyola w młodości został poważnie ranny, w czasie rekonwalescencji przeczytał dwie książki, które zmieniły jego życie.

Śledząc jego życiorys doszedłem do wniosku, że trochę jestem do niego podobny. W moje osiemnaste urodziny wybrałem się z rodzicami w odwiedziny do mojego wujka – paulina z Sanktuarium Matki Bożej Leśniowskiej Opiekunki Rodzin. Dostałem od niego książkę pt. "Święty i diabeł" Wilhelma Huenermanna opowiadającą o św. Janie Vianney'u.        

Książka ta była dla mnie lekcją skromności, pokory i posłuszeństwa Woli Bożej i w jakimś stopniu przyczyniła się do odkrycia mojego powołania. Pozwoliła zrozumieć mi, jaką radość daje bycie użytecznym dla innych. Święci umacniają nas w wierze, dodają siły w przeciwnościach, ukazują prawdziwą drogę i jak mamy kochać Boga poprzez poświęcenie się Mu i oddanie siebie. Podążam za Bogiem poprzez poznawanie Jego Miłości, która nadaje sens mojemu życiu i spełnieniu moich marzeń.

Zachęcam do modlitwy za kleryków i o powołania krótką sentencją św. Ignacego Loyoli: "Tak Bogu ufaj, jakby całe powodzenie spraw zależało tylko od Boga, a nie od Ciebie. Tak jednak dokładaj wszelkich starań, jakbyś ty sam miał to wszystko zdziałać, a Bóg nic".

kl. Wojciech Szmidt – rok I

 

 

WTOREK (5 GRUDNIA) – ŚWIĘTY JAN Z KRONSZTADU

Święty Jan z Kronsztadu był prawosławnym duchownym, żyjącym w carskiej Rosji w czasach, kiedy dokonywała się rewolucja bolszewicka. Odznaczał się gorliwą wiarą i posługą wśród najuboższych. Pisał swój dziennik duchowy, który zatytułował "Moje życie w Chrystusie". Są w nim zawarte krótkie myśli oraz modlitwy świętego, które prowadzą mnie w codzienności.

Czytając jego zapiski można odczuć żywą relację świętego z Bogiem i radykalizm w nieustannym zbliżaniu się do Niego. Myślę, że to sprawiło moją fascynację jego osobą. Będąc człowiekiem grzesznym cały czas widzę, że mam w sobie dużo pychy i ciężko mi pochylić głowę lub po prostu siedzieć cicho, nie oceniać. Cały czas jestem w sytuacjach, w których muszę wybierać: albo ja i moje przyjemności, albo Chrystus. Jan z Kronsztadu wskazuję mi drogę i jest dla mnie przykładem właśnie w tych trudnych momentach, kiedy nie wiem, jak się zachować.
Dla współczesnych ludzi, także dla mnie, potrzebna jest taka postać, jak święty Jan. Odnajdziemy w jego postawie Chrystusowe podejście do bliźniego, którego ciężko nam zaakceptować, jak i do pieniędzy, którymi służył ubogim oraz gorliwość w czytaniu Pisma Świętego.

Moją relację z świętym wyznacza wcielanie jego wskazówek w życie. Przez część drugiego roku aż do teraz trochę zaniedbałem to i może dzięki temu rozważaniu znów powrócę z nim do relacji, bo jest chyba jedynym świętym, z którym miałem większy kontakt.

Święty Janie z Kronsztadu, uproś nam u Pana taką gorliwość w zbliżaniu się do Niego i miłowaniu bliźniego, jaką ty sam zostałeś obdarowany. Święty Janie, módl się za nami!

kl. Wojciech Jarczyk – rok III

 

PONIEDZIAŁEK (4 GRUDNIA) – ŚWIĘTY WINCENTY A PAULO

Święty Wincenty a Paulo był gorliwym i prawdziwie wierzącym kapłanem. Jego duchowość jest mi prawdziwie bliska z kilku względów:
Tak jak święty, miałem okres w swoim życiu, kiedy daleko byłem od nauki Kościoła katolickiego. Można powiedzieć, że tak jak święty przez ucieczkę doszedłem do nawrócenia. Poznając Chrystusa, dopiero mogłem odkryć swoje powołanie. Wiąże się to z tajemnicą sakramentu pokuty i pojednania, a dokładnie ze spowiedzią generalną, którą wśród wiernych oddanie szerzył święty Wincenty a Paulo. Kiedy się wyspowiadałem, uklęknąłem przed Panem Jezusem na krótkie dziękczynienie, kompletnie nie spodziewając się tego co zaraz usłyszę. Objawił mi moją życiową misję – kapłaństwo.

Poznanie postaci świętego Wincentego łączyło się z poznaniem Bożego Miłosierdzia. Bóg nie tylko jest potężny i straszliwy, ale też pała do nas miłością niezgłębioną. Wielu ludziom Bóg kojarzy się tylko z sędzią, dlatego Boże Miłosierdzie trzeba głosić całemu światu. Przez zgłębianie tej tajemnicy zrozumiałem, że Bogu nigdy nie znudzi się odpuszczanie moich grzechów. On chce naszego szczęścia, do którego dojdziemy przez pracę nad sobą, i podążaniem za Bogiem, a św. Wincenty powiedział: „Najważniejsze w życiu, jest pełnienie woli Bożej”. Realizując nasze powołanie dojdziemy do zbawienia. Droga ta nie jest łatwa, ale jakże piękna.

Święty Wincenty, prosimy Cię o nowe powołania do kapłaństwa i za kleryków, aby ich serca zawsze były otwarte na pełnienie woli Bożej i głoszenie niepojętego Miłosierdzia Bożego!

kl. Karol Latos – rok I

 

I NIEDZIELA ADWENTU (3 GRUDNIA) - ŚWIĘTA MATKA TERESA Z KALKUTY

Adwent zawsze kojarzy mi się z płonącą świecą – z zapaloną roratką, lampionem i z najbardziej znanym wieńcem adwentowym, który odmierza zbliżający się czas przyjścia Pana na ziemię. Symbol światła, który towarzyszy w tym szczególnym okresie sprawia, że odnajduję w nim jedną z ważnych postaci w dziejach Kościoła. Jest nią święta Matka Teresa z Kalkuty. Życie, które ofiarowała innym, było właśnie jak świeca, która codziennie spalała się dla Chrystusa ogniem Jego Miłości. Była jak lampion, który oświecał drogę Zbawicielowi. Dzięki tej wrażliwości szła wraz z Nim do najbardziej potrzebujących.

Jej "sukces" nie polegał tylko na życzliwości, ale przede wszystkim na miłości, która rozbijała najgrubsze mury. Ta prosta zakonnica podczas modlitwy nabierała codziennych sił od "płonącego Boskiego krzewu". Niosła niestrudzenie i wytrwale pomoc najuboższym, by łagodzić trudy ich cierpienia. Służba, jaką czyniła Matka Teresa, staje się dla mnie wzorem w przyszłym kapłańskim posługiwaniu, którą odkrywam już podczas seminaryjnej formacji. Uczy mnie przy tym, jak kształtować taką postawę, przez obecność wśród tych, który zamknięci są na Bożą miłość. Nieustannie odkrywam, że wystarczy jedna płonąca świeca, by rozpalić kolejne.

Święta Matka Teresa z Kalkuty nosiła w sobie najjaśniejszą Światłość – Jezusa Chrystusa i rozpalała świat Bożą miłością.

Panie Jezu, który przychodzisz na świat by zbawić każdego z nas, prosimy Cię,  przez wstawiennictwo świętej Matki Teresy z Kalkuty, dodaj nam odwagi i mocnej wiary, byśmy w codzienności życia umieli spalać się dla Ciebie!

kl. Paweł Szczepanik – rok V

Zapowiedzi

  • 14.12 Spotkanie formacji kobiet w Sosnowcu
  • 14.12 Olkusz: spotkania Ruchu Czystych Serc
  • 15.12 Popołudnie w Karmelu
  • 15.12 Czuwanie w Przegini
  • 16.12 Wigilia na rynku w Olkuszu
Przejdź do kalendarza »

Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies.