Rękawiczka Ojca Pio w Sosnowcu
Rękawiczka Ojca Pio w Sosnowcu. Dzień, który zostaje w sercu
W kościele pw. Nawiedzenia NMP przy w Sosnowcu panował ten szczególny rodzaj skupienia, który pojawia się wtedy, gdy człowiek wie, że dotyka czegoś prawdziwego.
Przez cały dzień posługiwał tam o. Robert, kapucyn pochodzący z naszej diecezji, obecnie mieszkający w Sędziszowie Małopolskim.
Przyjechał ze słowem, które dojrzewało w nim latami.
I przywiózł relikwię, której nie da się obejrzeć „ot tak”, bez poruszenia - rękawiczkę św. Ojca Pio.
.jpeg)
To ta sama rękawiczka, którą święty zakrywał stygmat dłoni - ranę, która krwawiła przez pięćdziesiąt lat.
Lekarze badali ją wielokrotnie, szukając odpowiedzi, a on powtarzał tylko, że najważniejsze jest czyste serce.
Nie błysk.
Nie cud.
Czyste serce.
O. Robert mówił o Ojcu Pio, jak o słudze miłości i posłuszeństwa.
Jak o człowieku, który naprawdę kochał Boga - nie w teorii, tylko w codziennym bólu, chorobie, zmęczeniu, w wielogodzinnych spowiedziach, w których ludzie powierzali mu ciężary, jakich sami nie potrafili unieść.
Opowiadał o kapucynie, którego modlitwa była bardziej jak oddech niż jak zadanie do wykonania.
O świętym, który nie szukał uznania, tylko miejsca, gdzie może pozwolić Bogu działać.
.jpeg)
Po każdej Mszy wierni podchodzili do błogosławieństwa rękawiczką Ojca Pio.
Mimo kolejki nikt się nie niecierpliwił.
Każdy niósł w sobie własne pytania, własne pęknięcia, własne „Panie, pomóż”.
Czas jakby na chwilę stracił znaczenie.
Zapraszając do grup modlitwy Ojca Pio, o. Robert powiedział jedno zdanie, które zostaje w głowie na długo:
„Nie po cud. Po kierunek.”
I naprawdę nic więcej nie trzeba było dodawać.
.jpeg)
Ojciec Pio jest świętym, który nie udawał, że życie jest łatwe.
Pozwolił Bogu przejść przez swoje rany i dlatego jego świadectwo do dziś ma moc przebijania się przez najbardziej twarde serca.
Ten dzień zostawił po sobie jedno ciche, ale zdecydowane pragnienie:
„Panie, prowadź. Ja spróbuję nie uciec.”
Dominika Bem