Kościół, który się spowiada, żyje. W Trzebniowie pielgrzymi stanęli w prawdzie przed Bogiem

Nie było konfesjonałów ani zamkniętych drzwi. Byli kapłani czekający na pielgrzymów i ludzie, którzy na chwilę schodzili z pielgrzymkowej drogi, żeby zmierzyć się z inną drogą tą, którą przeszli przez własne życie. Przed Mszą świętą był czas na sakrament pojednania. Bez pośpiechu. Na rozmowę, wyznanie grzechów, czasem na spowiedź obejmującą znacznie więcej niż ostatnie tygodnie. W Trzebniowie Sosnowiecka Piesza Pielgrzymka na Jasną Górę na kilka godzin zwolniła. Przed Eucharystią był czas na spowiedź. Nie jako dodatek do programu. Jako jeden z jego najważniejszych punktów.

Trzeci dzień XXXV Sosnowieckiej Pieszej Pielgrzymki z Olkusza prowadził pielgrzymów w stronę Złotego Potoku, gdzie wieczorem czekało ich uwielbienie. Zanim jednak pojawiły się muzyka, śpiew, podniesione ręce i radość wspólnoty, był Trzebniów. I kolejka do spowiedzi. Kilka krzeseł. Kapłani. Rozmowa, której nie będzie na zdjęciach z pielgrzymki. A przecież być może właśnie tam wydarzyło się tego dnia najwięcej. Organizatorzy od lat wpisują Trzebniów w pielgrzymkową trasę jako miejsce szczególnego spotkania z sakramentem pojednania. W tym roku na spowiedź przeznaczono blisko trzy godziny. Kapłani pozostawali do dyspozycji pielgrzymów, a część rozmów przybierała formę spowiedzi generalnych, obejmujących długi fragment życia. Bo żywy Kościół nie jest wspólnotą ludzi, którzy potrafią przekonać innych, że wszystko mają uporządkowane. Chrześcijaństwo zaczyna się raczej tam, gdzie człowiek przestaje udawać przed Bogiem, przed sobą, czasem również przed drugim człowiekiem. Pielgrzymka niezwykle skutecznie odbiera możliwość takiego udawania.

Po dwóch czy trzech dniach marszu nie bardzo da się już zachować perfekcyjnej fryzury, idealnego humoru i przekonania, że ze wszystkim poradzimy sobie sami. Bolą nogi, dokucza zmęczenie, ktoś idzie za szybko, ktoś za wolno, ktoś zajął miejsce, które upatrzyliśmy dla siebie, ktoś powiedział o jedno zdanie za dużo. I nagle pobożne słowa zderzają się z człowiekiem obok. Właśnie wtedy zaczynają się rekolekcje.

Podczas Eucharystii w Trzebniowie homilię wygłosił ks. dr Krzysztof Bendkowski, wikariusz generalny diecezji sosnowieckiej. Kapłan zwrócił uwagę na coś, co w czasach coraz głębszych podziałów brzmi niemal jak kontrkulturowa propozycja: zbyt łatwo koncentrujemy się na tym, co nas różni. W rodzinach. W społeczeństwie. Także w Kościele. Łatwiej powiedzieć, kto jest „nie nasz”, niż przypomnieć sobie, co sprawia, że należymy do siebie.

– Koncentrujemy się na tym, co nas różni, co nas dzieli, nawet w gronie najbliższych, także w Kościele. Natomiast prawda o nas jest taka, że bardzo wiele rzeczy nas łączy – mówił ks. Bendkowski.

Chrześcijańska jedność nie jest umową zawartą między ludźmi o podobnych poglądach. Jej źródło znajduje się poza nami.

– Najbardziej łączy nas oczywiście Ciało i Krew Pana Jezusa. Poprzez to stajemy się realnie krewnymi dla siebie – mówił wikariusz generalny.

 

To zdanie na pielgrzymce brzmi inaczej niż przeczytane w książce. Bo wokół stoją ludzie, których człowiek sam by sobie nie wybrał. Młodsi i starsi. Z innych parafii. Z inną historią, temperamentem, sposobem modlitwy, czasem nawet zupełnie innym patrzeniem na Kościół. A za chwilę wszyscy podchodzą do jednego ołtarza. Chrześcijaństwo mówi: zanim zaczniemy układać ludzi według zasług, poglądów, osiągnięć czy użyteczności, Bóg już wypowiedział nad człowiekiem swoje „chcę”.

– Nie ma na świecie człowieka, którego Bóg by nie chciał – przypomniał ks. Bendkowski. – To nasze życie ma ogromną wartość w oczach Pana Boga. Jesteśmy stworzeni na Jego obraz i podobieństwo.

Bo można wiele mówić o odnowie Kościoła, nowych metodach duszpasterskich, synodalności, strukturach, komunikacji i ewangelizacji. Wszystko to jest potrzebne. Tylko że odnowa zaczyna się znacznie ciszej. Od jednego człowieka, który ma odwagę powiedzieć Bogu prawdę. I od Boga, który po raz kolejny odpowiada: jesteś wart więcej.

 

tekst: Dominika Bem
zdjęcia: ks. Aleksander Janas