W sobotę, 19 września, kapłani diecezji sosnowieckiej pielgrzymują do Czernej, do sanktuarium św. Rafała Kalinowskiego. Podczas Eucharystii bp Artur Ważny mówi do nich o zmęczeniu, zranieniach, samotności, krytyce, ale przede wszystkim o wierności i nadziei. – „Wróćcie do swoich parafii z podniesioną głową” – apeluje. Publikujemy w całości homilię biskupa sosnowieckiego wygłoszoną podczas pielgrzymki kapłanów do Czernej.
Homilia do kapłanów – Czerna, 19 września 2026 r.
Umiłowani Bracia Kapłani!
Patrzę dzisiaj w wasze twarze i pierwsze, co rodzi się w moim sercu, to ogromna, bardzo głęboka wdzięczność. Doskonale wiem, jak to jest być dzisiaj księdzem w naszej diecezji sosnowieckiej. Wiem, jak głęboko potrafi ranić i piec ten nasz diecezjalny krzyż. Wiem, że wielu z was, idąc do ołtarza, do szkoły na katechezę czy po prostu do sklepu na zakupy, czuje na swoich plecach wzrok innych. Wzrok nierzadko pełen niezrozumienia, a czasem wręcz surowej, niesprawiedliwej oceny. Znam też wasze zmęczenie, znam te ciche obawy o to, co przyniesie jutro.
A jednak… wy tu jesteście. Trwacie. Jesteście wierni na swoim posterunku: w dusznych konfesjonałach, przy ołtarzach, w salkach parafialnych. Walczycie o swoje parafie, o powierzonych wam ludzi i o własne dusze. Za tę właśnie wierność, wypróbowaną w ogniu trudnego czasu, z całego serca – jako wasz biskup, ale przede wszystkim jako wasz brat – po prostu wam dziękuję. Jesteście dla mnie żywym dowodem na to, że nasz Kościół wciąż bije mocnym tętnem, że on żyje.
Przybyliśmy dziś razem do Czernej, do sanktuarium świętego Rafała Kalinowskiego. To nie jest przypadkowy patron na ten trudny czas. To człowiek, który w swoim życiu doświadczył Sybiru. Przeżył absolutne zrujnowanie wszystkich swoich życiowych planów, wszedł w totalną ciemność, w mróz, w doświadczenie utraty wszystkiego, co po ludzku dawało bezpieczeństwo. A jednak to z tych właśnie ruin potrafił powstać, by potem, w ciszy konfesjonału, leczyć ludzkie dusze. On doskonale wiedział, że Bóg jest mistrzem w wyprowadzaniu tętniącego życia z najtwardszej, syberyjskiej zmarzliny.
Z tym głębokim przekonaniem chciałbym, abyśmy weszli w dzisiejszą Ewangelię – Jezusową przypowieść o siewcy. Znamy ją na pamięć. Ale posłuchajmy jej dzisiaj nieco prowokacyjnie. Zobaczmy w tych czterech rodzajach gleby nie zbiór mitycznych słuchaczy, ale cztery wymiary naszego własnego, kapłańskiego życia. To jest, bracia, przypowieść o naszej wewnętrznej integracji. O tym, co się w nas kruszy i rozpada, i o tym, co miłujący Bóg pragnie złożyć w jedną, wspaniale owocującą całość.
Pierwsza gleba: droga – to nasz umysł.
Jezus mówi, że ziarno pada na drogę, zostaje bezlitośnie podeptane, a ptaki je wydziobują. Czymże w sensie egzystencjalnym jest ta nasza droga? Święty Jan Chryzostom mawiał, że to jest serce, przez które wciąż ktoś przechodzi. Spójrzcie, bracia, na nasze umysły. Jakże często nasz kapłański umysł przypomina dziś hałaśliwą autostradę. Pędzą przez nią tysiące myśli, opinii, newsów, portali, zmartwień parafialnych i tego nieustannego scrollowania w telefonie. Ktoś wchodzi, ktoś wychodzi. Jesteśmy potwornie przebodźcowani. Nasz umysł staje się ubity, twardy jak asfalt. I co się dzieje? Kiedy bierzemy do rąk brewiarz, kiedy przygotowujemy niedzielne kazanie, ziarno Słowa Bożego pada, ale nie ma jak wniknąć. Odbija się od twardej powierzchni naszego intelektualizmu i naszego wycieńczenia. A wtedy – jak przestrzega Jezus – przychodzi diabeł. On wprost uwielbia te nasze rozbiegane, rozedrgane umysły, bo z łatwością kradnie z nich Słowo. Co możemy z tym zrobić? Będąc tutaj, w karmelitańskiej Czernej, odpowiedź nasuwa się sama: Cisza. Musimy postawić szlaban na tej naszej wewnętrznej autostradzie. Nie mogę być księdzem, który jest jedynie procesorem do przetwarzania informacji; muszę przetwarzać, medytować Słowo. Pozwól, bracie, aby to Słowo przeniknęło twój umysł, aby wreszcie cię zatrzymało.
Druga gleba: skała – to nasze emocje.
Ziarno słowa pada na skałę i wschodzi błyskawicznie. Jest wielki zapał, jest radość, ale gdy tylko przychodzi słońce – ucisk czy prześladowanie – roślina usycha. Dlaczego? Bo nie ma wilgoci, nie ma głębokiego korzenia. Ta skała, bracia, to nasze emocje. Przypomnijcie sobie dzień naszych święceń, nasze pierwsze parafie. Pamiętacie te oazy, pielgrzymki, wspaniałe duszpasterskie inicjatywy? Mnóstwo pięknych emocji. Ale musimy uczciwie przyznać, że pod tą cienką, naskórkową warstwą entuzjazmu, jakże często kryje się skała. Skała naszych nieuzdrowionych zranień, zamrożonych uczuć, lęku przed odrzuceniem, a czasem gorzkiego poczucia bycia niedocenionym przez ludzi, proboszcza czy przez biskupa. Emocje są jak pogoda – są zmienne. Kiedy przychodzi palące „słońce” – trudności w diecezji, krytyka w mediach, brutalny hejt, albo ta zwykła, prozaiczna, lodowata samotność na plebanii – zaczynamy usychać. Wypalenie w kapłaństwie zawsze zaczyna się właśnie na tej skale. Z wierzchu przyklejony uśmiech, a pod spodem zimny kamień. Zwyczajnie rzecz ujmując: my się po prostu bardzo często boimy własnych emocji, więc je zabetonowujemy, uciekamy od nich. Ale Bóg mówi do ciebie dzisiaj: zejdź głębiej. Pozwól mojej łasce przedrzeć się przez pęknięcia twojej skały. Nie bój się swoich łez, nie wstydź się smutku, miej odwagę spojrzeć na swój gniew. Oddaj to wszystko Chrystusowi, podziel się tym światem ze swoim bratem kapłanem, przyjacielem we wspólnocie. Korzeń powołania musi wejść dokładnie w to, co najbardziej boli, żeby zaczerpnąć stamtąd życiodajnej wody. Święty Rafał Kalinowski przez dziesięć długich lat na Syberii kuł w emocjonalnej skale własnego serca, i to właśnie dlatego stał się człowiekiem tak niezwykle współczującym.
Trzecia gleba: ciernie – to nasza wola.
Ziarno rośnie, zapowiada się wspaniale, ale nagle zagłuszają je ciernie. Co Jezus, doskonały znawca ludzkiego serca, nazywa cierniami? Troski, bogactwa i przyjemności życia. Zwróćcie uwagę na jeden przerażający detal – te rzeczy rosną razem z ziarnem. To jest ten tragiczny stan, kiedy próbujemy usłużyć dwóm panom na raz. To jest opowieść o naszej kapłańskiej woli, o naszych codziennych wyborach. Jakże często stajemy się takimi zaduszonymi księżmi. Niby żyjemy duszpastersko, modlimy się, spowiadamy – ziarno rośnie – ale jednocześnie obrastamy w iluzję „świętego spokoju”. Chcemy głosić Ewangelię, ale najchętniej taką z poduszką powietrzną. Żeby było wygodnie, żeby nikt się nie czepiał, żeby mieć swoje małe, nienaruszalne, bezpieczne hobby, nasze ucieczki, gadżety, luksusowe wyjazdy. Święty Grzegorz Wielki konkretnie to skomentował, mówiąc, że ciernie to nic innego jak nasze kompromisy. Kompromisy, które powoli, niepostrzeżenie ranią i duszą naszą kapłańską gorliwość. Nasza wola staje się sparaliżowana. Rozmieniamy się na drobne. Jesteśmy do bólu poprawni, ale przestajemy być prorokami. Bracia, Jezus na krzyżu pozwolił włożyć na swoją głowę koronę z cierni. On wziął na siebie te wszystkie nasze ucieczki w tani komfort po to, by na nowo uwolnić naszą wolę. Zapytaj siebie dzisiaj w głębi serca: na co tracisz swoją życiową energię? Co cię dzisiaj dusi?. Pozwól wreszcie Boskiemu Ogrodnikowi to z siebie wyciąć. Owszem, to zaboli, ale wreszcie zaczniesz oddychać pełną piersią.
I wreszcie czwarta gleba: żyzna ziemia – zintegrowany kapłan.
Jezus mówi: „Ci, którzy w dobrym i szlachetnym sercu zatrzymują słowo i wydają plon w wytrwałości”. Zauważcie ten obraz: człowiek zintegrowany. To taki, którego umysł słucha Słowa, a nie jest już przelotową autostradą. Którego emocje zapuściły głęboki korzeń i przestały być jałową skałą. Którego wola wybiera bezkompromisowo Jezusa, wyrywając ciernie komfortu. Taki właśnie prezbiter jest jak żyzna ziemia. Ale co to właściwie znaczy? Ziemia w swojej istocie to po prostu brud, kurz, zwykłe błoto – ale uwaga: to jest błoto, które pokornie przyjmuje wodę łaski i słońce Bożej miłości. Zintegrowany kapłan to wcale nie jest kapłan bezgrzeszny. To nie jest jakiś wyidealizowany duszpasterski cyborg, który nigdy nie popełnia błędów. Zintegrowany kapłan to ten, który doskonale zna swoją słabość, który wie, że ulepiony jest z „prochu ziemi”, ale świadomie robi w tej swojej kruchości wielkie miejsce dla Boga.
I na końcu tego wersetu pada przepiękne sformułowanie: „wydają plon w wytrwałości”. To znaczy: cierpliwe znoszenie przeciwności, mężne stanie pod wielkim ciężarem, niepoddawanie się, gdy wszystko wokół krzyczy, by uciec. Czyż to nie jest słowo skierowane dziś prosto w serce naszej sosnowieckiej rzeczywistości? Wy, bracia, wydajecie ten plon w wytrwałości, w cierpliwym byciu z ludźmi. Wydajecie go w Sosnowcu, w Będzinie, w Dąbrowie, w Czeladzi, w Jaworznie, w Olkuszu, w Wolbromiu. Kiedy spowiadasz godzinami, zmęczony, niczym ojciec Rafał – to jest twój plon. Kiedy idziesz uśmiechnięty i spokojny do młodzieży, która cię prowokuje – to jest twój plon. Kiedy późnym wieczorem na pustej plebanii idziesz do ciemnego kościoła, klękasz przed tabernakulum i po cichu szepczesz: „Panie, już zupełnie nie mam siły, ale jestem tu… jestem tu dla Ciebie” – to jest absolutnie najpiękniejszy plon, jaki możesz wydać.
Moi Bracia!
Nasz Boski Siewca nie jest naiwny. On z doskonałą ostrością widzi te wszystkie skały, widzi sępy krążące nad drogą, widzi kolczaste ciernie w naszym osobistym życiu i w całej naszej diecezji. A mimo to… On nadal sypie swoim ziarnem! Sypie hojnie. Bez żadnej miary. Dlaczego? Bo Siewca jest w nas po prostu szaleńczo zakochany. Bóg wierzy w nasze kapłaństwo o wiele bardziej, niż my sami potrafimy w nie uwierzyć. Bóg doskonale wie, że pod tą zajeżdżoną zmartwieniami autostradą, pod tą zranioną, zimną skałą, pod tymi kłującymi cierniami naszych kompromisów, w każdym z was, bez wyjątku, kryje się wspaniała, szlachetna i żyzna ziemia, którą przed laty wydało wasze powołanie.
Wróćcie do swoich parafii z podniesioną głową. Nie jesteśmy tu dzisiaj po to, żeby narzekać, żeby się usprawiedliwiać, albo w nieskończoność tłumaczyć się „złymi czasami”. Jesteśmy tu po to, żeby odważnie przyjąć i siać Ewangelię. A Pan niech da nam wszystkim – wam i mnie – potężną odwagę, byśmy, naśladując św. Rafała Kalinowskiego, z każdej życiowej, osobistej czy diecezjalnej zimy, potrafili zawsze wyjść ku wiośnie zbawienia.
Dziękuję wam, bracia, że po prostu jesteście.



