Najpierw był lęk. Taki zwyczajny, bardzo ludzki: przed zimnem, przed nocą, przed tym, co nieznane. Ale z czasem Dariusz Kosiński odkrył, że to nie las, nie dystans i nie pogoda są największym wyzwaniem Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Najtrudniejsze zaczyna się wtedy, gdy milkną wszystkie dźwięki, a człowiek zostaje sam ze sobą. Architekt i lider rejonu Czeladź EDK od jedenastu sezonów wraca na tę drogę – nie po to, by dojść do celu, ale by nauczyć się słuchać. Bo – jak mówi – dopiero w ciszy Bóg ma szansę przemówić.
– Pamięta Pan ten pierwszy moment, kiedy zdecydował się Pan wyjść? Ten pierwszy krok w stronę czegoś, czego Pan jeszcze nie znał?
– Tak, pamiętam bardzo dobrze. I pamiętam też, że wtedy towarzyszył mi strach. Taki bardzo konkretny. Nie wiedziałem, czym właściwie jest Ekstremalna Droga Krzyżowa, więc wypełniłem tę niewiedzę własną wyobraźnią. A ona podsuwała różne scenariusze – raczej trudne niż budujące. Bałem się tego, że to będzie coś zupełnie innego niż to, co znam z codzienności, z tradycyjnych dróg krzyżowych czy pielgrzymek.
– Czego konkretnie się Pan bał? Co było w tych wyobrażeniach najbardziej „ekstremalne”?
– Bałem się przede wszystkim tej inności. Tego, że to dzieje się w nocy, a nie w dzień. Że jest zimno, bo to przecież często jeszcze przedwiośnie, kiedy nad ranem potrafią być ujemne temperatury. Bałem się też deszczu, bo przez całe życie unikałem takich sytuacji. Zawsze planowałem swoje wyjazdy, wędrówki czy jazdy rowerowe tak, żeby nie zmoknąć. A tutaj nagle trzeba było się z tym zmierzyć. Wyjść poza to, co nazywamy komfortem. Dochodziły też takie bardziej „wyobrażone” rzeczy – jak spotkania ze zwierzętami w lesie. Pamiętam, że przy wyznaczaniu jednej z tras znaleźliśmy legowisko dzików. I pojawiło się pytanie: co będzie w nocy? Czy one tam będą? A skoro są dziki, to może i wilki. I rzeczywiście – takie spotkania też się zdarzały.

– A potem przyszła konfrontacja z rzeczywistością. Co się okazało nieprawdą?
– Okazało się, że kiedy odrzuci się te wszystkie wyobrażenia i przyzwyczajenia, to ta droga wcale nie jest „straszna”. Ona jest prostsza niż się wydaje. Tylko że trzeba najpierw zdjąć z niej to wszystko, co sobie dopowiedzieliśmy. Wtedy odkrywa się, że ona jest bardzo ludzka. I bardzo osobista.
– Osobista, czyli jaka?
– Taka, w której zostajesz sam. Nawet jeśli idziesz z kimś, to w pewnym momencie i tak zostajesz sam ze sobą. I to jest klucz. Bo Ekstremalna Droga Krzyżowa nie jest wydarzeniem towarzyskim. To nie jest wspólne przeżycie w sensie rozmów, bycia razem cały czas. Ona prowadzi do spotkania bezpośredniego – z Bogiem. Bez pośredników. Bez rozmów. Bez opierania się na drugim człowieku.
– Nawet bez tych form modlitwy, do których jesteśmy przyzwyczajeni?
– Właśnie tak. My często jesteśmy przyzwyczajeni, że modlitwa to mówienie. Powtarzanie słów, próśb, formuł. A tutaj nagle okazuje się, że najważniejsze jest coś innego. Cisza. Bo dopiero w ciszy jesteśmy w stanie usłyszeć Boga. W ciągu dnia jesteśmy otoczeni hałasem, bodźcami, emocjami. A EDK daje taką przestrzeń. I wtedy przestajemy mówić – zaczynamy słuchać.

– Czy to doświadczenie można porównać do tego, co przeżywał Jezus w Ogrodzie Oliwnym?
– Myślę, że tak, ale trochę inaczej, niż się czasem mówi. Dla mnie ten „ogrójcowy moment” to jest chwila wahania przed wyjściem. Kiedy człowiek mówi: może nie w tym roku, może za rok, może jeszcze nie jestem gotowy, nie mam kondycji, nie przygotowałem się. To są nasze wewnętrzne opory. Natomiast samo wyjście na drogę to już jest kolejny etap. To jest decyzja. To jest moment, kiedy przestajemy się wahać i zaczynamy iść.
– Czyli nie trzeba być idealnie przygotowanym, żeby w ogóle spróbować?
– Nie. I nawet bym powiedział, że nie o to chodzi. Jeżeli ktoś dziś się zastanawia, a jutro jest możliwość wyjścia – to niech pójdzie. Nie po to, żeby przejść cały dystans. Nie po to, żeby coś udowodnić. Niech pójdzie, żeby zobaczyć siebie. Bo każdy prędzej czy później dochodzi do momentu, w którym staje twarzą w twarz ze swoją słabością. I wtedy podejmuje decyzję: czy idę dalej, czy wracam. I to jest najważniejsze.
– Czyli nawet osoby bardzo sprawne fizycznie nie mają tu przewagi?
– Nie mają. Bo to nie jest wyzwanie fizyczne. Oczywiście przygotowanie pomaga, ale ono nie rozwiązuje wszystkiego. Zdarza się, że osoby bardzo wysportowane zatrzymują się, bo to nie jest ich przestrzeń. A ktoś inny, mniej przygotowany, idzie dalej, bo ma w sobie tę determinację, to zaufanie. Tu chodzi o coś głębszego niż kondycja.
– A od strony praktycznej – jak się do drogi przygotować?
– Najprościej: wybrać trasę dostosowaną do swoich możliwości i miejsca, w którym jesteśmy. Dziś bardzo pomaga aplikacja – można zobaczyć przebieg trasy, jej długość, charakter.
Są trasy z punktu A do punktu B – one są ciekawsze, ale wymagają też większego zaangażowania logistycznego. Trzeba pomyśleć, jak wrócić, kogo poprosić o pomoc. Są też trasy w pętli. I one mają swoją specyfikę – bo cały czas jesteśmy blisko domu. I to potrafi kusić, żeby zejść wcześniej.

– Ilu ludzi w ogóle podejmuje to wyzwanie?
– W skali kraju to są dziesiątki tysięcy osób. W ubiegłym roku około 100 tysięcy zarejestrowało się w aplikacji. Ale realnie tych osób jest więcej, bo nie wszyscy się zapisują. Widać to choćby na Mszach rozpoczynających – często jest dwa razy więcej ludzi niż tych, którzy się formalnie zgłosili. EDK nie kończy się wraz z ostatnią stacją. Ona zostaje w człowieku. I wraca się do niej nie dlatego, że trzeba – tylko dlatego, że się chce.
Rozmawiała Dominika Bem



