Z tej rozmowy nie dowiemy się, co wspólnego ma ks. Andrzej Polit z Sanah – choć odpowiedź jest zaskakująco prosta: jazz. Nie zatrzymamy się też przy jego cichym oczekiwaniu na beatyfikację księdza Dolindo. Spróbujemy zrobić coś trudniejszego. Zatrzymać się przy Biblii, która czasem zakurzona leży na naszych półkach, a jednocześnie potrafi w najmniej spodziewanym momencie dotknąć człowieka głębiej niż jakakolwiek książka.
ks. Andrzej Polit, dziekan i proboszcz parafii Nawiedzenia NMP w Sosnowcu
Rozmawia Dominika Bem
– Czy ksiądz spotkał się z osobami, które mówią, że Biblia to tylko literatura?
– Tak. I jest ich naprawdę sporo. To są często osoby, które w gruncie rzeczy więcej o Piśmie Świętym wiedzą, niż je znają. Nie czytały go, a jednocześnie funkcjonują w świecie, który tym Żywym Słowem jest przesiąknięty. I co ciekawe – nawet nie mają świadomości, że pewne metafory i zwroty, którymi się codziennie posługują, pochodzą właśnie z Pisma Świętego. Przykazanie miłości. „Ucho igielne”. Dziesiątki, setki takich sformułowań. One funkcjonują w języku. Ale często już bez odniesienia do źródła.
– Poczciwy katolik powinien ich przekonywać by sięgali po Biblię?
– Myślę, że tutaj nie ma żadnej drogi „na siłę”. Nie można nikogo zmusić. Bo jeśli pojawi się przymus, to efekt będzie odwrotny. Można zapraszać. Zachęcać. Pokazywać piękno. To odkrycie, nie obowiązek, ale pasjonująca przygoda. Bo Pismo Święte naprawdę potrafi być fascynujące. Na początku nawet czysto literacko. Ktoś, kto kocha książki, może się zachwycić samą formą, historią, opowieścią. Ale przychodzi też taki moment i to już jest moment łaski, kiedy człowiek zaczyna przyjmować to wszystko inaczej. Kiedy przestaje widzieć tylko tekst, a zaczyna mieć świadomość, że to jest Słowo, które Pan Bóg kieruje konkretnie do niego. I czasem wystarczy jedno zdanie. Jedno, które gdzieś delikatnie uderzy, a bardziej poruszy. I zaczyna się zmieniać sposób myślenia.
– Pamięta ksiądz takie „uderzenie” u kogoś?
– Tak. Mam taką historię, do której często wracam. Z kolędy. Był zwyczaj, że na stole przykrytym białym obrusem leżał krzyż, świece, kropidło i Pismo Święte. Zapytałem kiedyś pewną kobietę, czy ma Biblię. Odpowiedziała, że ma, ale nie wystawiła jej, bo trochę się krępowała. Dlaczego? Bo Pismo Święte było zniszczone. Powiedziałem, że to nie ma żadnego znaczenia. I wtedy przyniosła tę księgę… i zaczęła opowiadać swoją historię. Kiedy była młodą żoną i matką, nagle straciła męża. Została sama z dwójką małych synów. I właśnie wtedy zaczęła czytać Pismo Święte. Codziennie, niemal namiętnie. Powiedziała, że do dziś nie ma dnia, żeby do niego nie sięgnęła. A ta jedna Biblia, która towarzyszyła jej przez ponad dwadzieścia lat, była po prostu „zczytana”. Można było mieć wrażenie, że na każdej stronie są ślady jej palców. Biblia realnie dawała jej siłę.
– My nie zawsze tę siłę widzimy – może to trochę jak z Naamanem, może Biblia wydaje się zbyt prosta, żeby mogła naprawdę działać?
– Myślę, że tak. My często oczekujemy czegoś spektakularnego. Jakiegoś wielkiego zadania. A tymczasem to jest bardzo proste: wziąć księgę, otworzyć ją, czytać. I właśnie przez to wydaje się zbyt zwyczajne, żeby mogło być skuteczne. A przecież to jest Żywe Słowo. Tylko znowu – nie można nikogo zmuszać. Trzeba zapraszać i pokazywać, że to jest droga. Fascynująca droga. Bo spotkanie ze Słowem może wyglądać bardzo różnie. Ktoś może „wsiąknąć” w jakąś księgę i chcieć przejść ją od początku do końca. A ktoś inny zatrzyma się na fragmencie, który będzie dla niego trudny, i nie pójdzie dalej przez dłuższy czas. Ale przyjdzie moment, kiedy coś się otworzy.
– Czyli nie zachęca ksiądz do czytania „od deski do deski”?
–Każdy ma swoja drogę, ale nie może to być „wymóg” narzucony z góry. W ogóle zachęcam do słuchania Słowa Bożego niż tylko do czytania. Bo my wszyscy umiemy czytać, ale pierwsze było spotkanie z Jezusem, a potem głoszenie o tym spotkaniu. Tak robili świadkowie zmartwychwstania. I starsze pokolenie jest tutaj bardzo dobrym przykładem. Często trudno ich zaprosić do regularnej lektury Biblii, bo się boją, że czegoś nie zrozumieją, że się zgorszą. A jednocześnie znają historię zbawienia. Skąd ją znają? Z tego, że słuchali. Na katechezie. W rodzinie. W Kościele. Ta Biblia była opowiadana. Przekazywana. I to zostało w nich.
– A dziś?
– Dziś mamy dostęp do wszystkiego. Ale to nie znaczy, że lepiej słuchamy.
– Również na niedzielnej Mszy?
– Tak. Bo tam mamy pierwszy stół – Stół Słowa. Możemy go przegapić. Możemy wziąć tylko mały „kęs”. Ale to słowo nie znika. Można do niego wracać. Za rok, za dwa, za trzy – ono wciąż tam jest. Ten Chleb się nie zestarzeje, jest zawsze świeży.
– Co z Lektorami? Czasem pojawia się taka praktyka, że czytają dzieci, z jednej strony to piękne, ale z drugiej bywa, że trudno wtedy uchwycić sens Słowa. Jak ksiądz na to patrzy?
– Ja nie jestem zwolennikiem tego, żeby dzieci zawsze i wszędzie do wszystkiego wystawiać. Można je zapraszać do liturgii, jak najbardziej, do uczestnictwa, do słuchania Słowa Bożego, także do jego przekazywania. Ale jeśli już powierza się komuś taką misję, to trzeba się do tego dobrze przygotować. Pamiętam swój kurs lektorski sprzed lat, bardzo nas uczulano na to, żeby czytać tak, jak trzeba, żeby słowo wybrzmiało, bo Pan Bóg posługuje się człowiekiem. I to naprawdę widać. Są osoby, których można słuchać i słuchać… A są takie, które czytają, ale trudno coś z tego uchwycić. Z drugiej strony, ważna jest też postawa słuchającego. Bo łatwo wejść w ocenianie sposobu czytania, a trudniej rzeczywiście słuchać. Tu nie chodzi o konkurs recytatorski, ale o przekaz Słowa, które nie jest moje.
– Czy można znać Biblię i nią nie żyć?
– Można. I to jest realne zagrożenie. Można stać się kimś, kto zna teksty, potrafi nimi operować, interpretować, cytować… A jednocześnie w ogóle nimi nie żyje. I wtedy to słowo nie działa. Bo nie zostały otwarte drzwi. Mamy wielu Biblioznawców bez łaski wiary.
– A otwieranie Biblii „na chybił trafił”?
– Jeśli ktoś robi to w duchu modlitwy, może to mieć sens. Ale to nie powinna być jedyna metoda. Potrzebna jest też systematyczność. Pewien porządek. To wszystko zostało w określony sposób zapisane i przekazane. Kanon nie jest przypadkowy. To ma swoją logikę.
– Od czego zacząć czytać Biblię?
– Najlepiej od Ewangelii. To jest najprostsza droga wejścia. A potem nie bać się Starego Testamentu. Bo on jest bardzo prawdziwy. Tam jest nasza ludzka natura: emocje, relacje, słabości. Czasem nie chcemy się tam odnaleźć, ale jednak się odnajdujemy.
– Można odnaleźć siebie w bohaterach Biblii?
– Można. Ale nie chodzi o to, żeby na siłę szukać: „kim ja jestem”. Bo może się okazać, że jesteśmy w tej bezimiennej rzeszy ludzi wokół Jezusa. I to też jest w porządku. Bo Jezus zna nasze imię. Nawet jeśli Ewangelista go nie zapisał.
– Księdza ulubione miejsce w Piśmie to jakie?
– Często wracam do Pierwszego Listu św. Jana. To jest krótki tekst, ale bardzo głęboki i trudny. Taki krótki traktat o miłości Boga. W zasadzie każde zdanie jest tam ważne.
– Co ze Święty Pawłem, na dzisiejszą niedzielę Pisma Świętego, Kościół proponuje Jego listy?
– Jest bardzo odważny. Najpierw walczy z Chrystusem, a potem z taką samą siłą Go głosi. To, co wydarzyło się pod Damaszkiem, jest trudne do opisania. Ale pokazuje coś bardzo ważnego. Że czasem człowiek musi zostać „oślepiony” swoją pewnością siebie, żeby potem otworzyć oczy na Prawdę, a Prawda go wyzwoli z zaślepienia.
– Na koniec: co zrobić, żeby zacząć?
– Spróbować. Nie bać się porażek. Naprawdę bardzo prosto. Parę zdań Ewangelii o poranku, kosztować jak pachnącą kawę świeżo podaną. Potem wrócić do niej w ciągu dnia. Nie trzeba wszystkiego rozumieć. Nie trzeba się od razu zachwycać. Wystarczy wejść w tę drogę. A Pan Bóg będzie działał po swojemu. Zachwyt Słowem noszonym w ciągu dnia przyciągnie nas do Dobrej Nowiny i na wieczór, żeby spać spokojnie.
Dziękuję za rozmowę – ks. Andrzej




