„Maryja nie stoi po żadnej stronie. Ona niesie Ducha”

Maryja nie mieści się ani w chorągiewkach, ani w różańcu traktowanym jak amulet. Nie daje się zamknąć w sporze „charyzmatycy kontra tradycjonaliści”. Siostra Fidelis mówi o Niej inaczej: jako o pierwszej kobiecie, która naprawdę pozwoliła Duchowi Świętemu działać. A przy okazji rozbraja kilka naszych pobożnych złudzeń: że modlitwa ma „zadziałać”, że Bóg czeka, by nam coś zabrać, i że piękno trzeba sobie dopiero wyprodukować. Siostra Fidelis – karmelitanka, która z jednej strony mówi o ciszy, kontemplacji i stawaniu sam na sam z Bogiem, a z drugiej kompletnie nie zamyka Boga za furtą klasztoru. W jej opowieści Karmel nie jest ucieczką od świata, ale próbą wciągnięcia człowieka w coś większego: w doświadczenie żywej obecności Boga. Bardzo bliskie jest jej myślenie Matki Teresy Kierocińskiej, współzałożycielki zgromadzenia, która powtarzała, że karmelitanka ma być „dla Boga i dla ludzi”. Bo jeśli naprawdę spotyka się Boga, nie da się zatrzymać tego tylko dla siebie.

Rozmawia Dominika Bem 

– Mam czasem wrażenie, że Maryja stała się dziś linią podziału: jedni mówią pogardliwie o „klepaniu zdrowasiek”, inni próbują zamknąć Ją wyłącznie w tradycyjnej pobożności. A przecież Maryja była charyzmatyczką.

– Jest pierwszą charyzmatyczką Kościoła. Pierwszą, która przyjęła Ducha Świętego, pozwoliła Mu działać i poniosła Go światu. Popełniamy błąd, gdy myślimy, że charyzmatyczność polega na określonym stylu modlitwy czy zachowania, albo na spektakularnych zjawiskach. Charyzmatyczne nie jest to, co człowiek robi. Charyzmatyczne jest to, co Duch Święty robi w człowieku. Duch zawsze prowadzi do Jezusa. Kto powiedział, że większym charyzmatykiem jest ktoś modlący się językami niż starsza kobieta codziennie odmawiająca różaniec? My widzimy tylko paciorki przesuwane między palcami. A może kiedyś okaże się, ile osób przyszło do Boga dzięki tej jednej kobiecie, która „tylko klepała zdrowaśki”. Bo my patrzymy powierzchownie. A Duch „przenika serca i zna głębokości”.

– Z maryjnością w Polsce też mamy chyba problem. Jedni się jej wstydzą, inni zamieniają ją w sztandar.

– Myślę, że problem nie leży w samej maryjności. Problem leży w tym, że często nie rozumiemy jej istoty i przywiązujemy się do tego, co drugorzędne.  Bo maryjność to nie są przede wszystkim nabożeństwa, litanie, majówki czy ilość odmówionych modlitw. Sedno jest w relacji. I tutaj dotykamy czegoś jeszcze ważniejszego: różnicy między religijnością a żywą wiarą.

– Czyli?

– Religijność jest naturalna dla człowieka. W każdej kulturze ludzie szukają czegoś większego od siebie. Chcą oddać cześć, odprawiają rytuały, składają ofiary. Problem zaczyna się wtedy, gdy wchodzimy w myślenie magiczne: „zrobię coś, odmówię odpowiednią modlitwę, wykonam odpowiedni gest i wpłynę na Boga”. To nie jest jeszcze wiara. Wiara zaczyna się wtedy, gdy człowiek przestaje próbować sterować Bogiem, a zaczyna otwierać się na Jego wolę i Jemu ufać.

– Czyli kiedy ktoś myśli: „jak odmówię jeszcze tę jedną modlitwę, to na pewno zadziała”, to…

– Duchowość może bardzo łatwo zamienić się w jeszcze jedną formę kontroli nad niepewnością naszego życia. Będzie jak bieganie hipochondryka od jednego lekarza do drugiego, albo jak obsesyjne treningi pokonujące kolejne poziomy sprawności. Bardzo łatwo jest dać się przekonać, że leżenie krzyżem, albo odmówienie konkretnej modlitwy dokładnie dziewięć razy „bardziej działa” – tak jakby Bóg był mechanizmem, który można uruchomić właściwym kodem. A przecież relacja z Bogiem nie na tym polega.

 – Mam wrażenie, że wielu ludzi odchodzi dziś nie tyle od Boga, ile od pewnego modelu religijności. Gdzie kończy się żywa duchowość, a zaczyna religijność magiczna?

– To jest ogromne niebezpieczeństwo każdej religijności: można zacząć bardziej wierzyć w formę niż w Boga. Bardziej ufać technice modlitwy i własnym przekonaniom czy uczuciom niż Duchowi Świętemu. Człowiek wtedy nie szuka już Boga samego, tylko poczucia bezpieczeństwa, kontroli, mocy albo nadzwyczajnych doznań. I myślę, że właśnie dlatego część ludzi odchodzi dziś od Kościoła. Nie zawsze dlatego, że stracili Boga. Czasem po prostu rozsypała im się pewna forma religijności. Odkryli, że same praktyki, nawet bardzo gorliwe, nie wystarczą, jeśli nigdy nie doprowadziły ich do żywej relacji z Jezusem. Można latami robić „wszystko poprawnie”, a jednocześnie nigdy naprawdę nie spotkać Boga jako Osoby. Dlatego Kościół tak bardzo potrzebuje dziś dojrzałej duchowości. Takiej, która nie gardzi ani liturgią, ani różańcem, ani modlitwą spontaniczną, ale pamięta, że żadna forma sama z siebie nie zbawia. Zbawia tylko Jezus.

– Czy właściwie możemy modlić się do Maryi, czy raczej tylko prosić Boga za Jej wstawiennictwem? Wielu ludzi ma dziś w tym ogromny chaos.

 – Najpierw trzeba ustalić, czym w ogóle jest modlitwa. Jeśli modlitwa oznacza rozmowę, spotkanie, zwrócenie się do kogoś, to oczywiście możemy modlić się do Maryi. Możemy z Nią rozmawiać, prosić Ją o wstawiennictwo, powierzać Jej nasze życie. Kościół uznaje tę prawdę mówiąc o tajemnicy obcowania świętych. Inaczej jest jeśli modlitwę rozumiemy jako kult uwielbienia należny wyłącznie Bogu. To są subtelności teologiczne, które często ludziom się mieszają. Kiedyś podczas adoracji Najświętszego Sakramentu usłyszałam: „Uwielbiamy Cię Maryjo”. I to już jest teologicznie błędne. Uwielbienie należy się tylko Bogu. Możemy uwielbiać Boga razem z Maryją, przez Maryję, uczyć się od Niej, ale nigdy nie możemy postawić Maryi w miejscu Boga. Maryja zawsze prowadzi do Syna. Jeśli pobożność maryjna zatrzymuje człowieka na samej Maryi, to znaczy, że coś poszło nie tak.

– A różaniec?

– Różaniec jest modlitwą kontemplacyjną. I mało kto dziś to rozumie. Powtarzanie modlitw nie jest celem samym w sobie. Ono pomaga wejść w kontemplację życia Chrystusa. Różaniec jest przechodzeniem z Maryją przez tajemnice Jezusa. Wpatrywaniem się razem z Nią w Ewangelię.

 – Zastanawiała się siostra kiedyś, czy Maryja mogła powiedzieć Bogu „nie”?

 – Można się nad tym zastanawiać. Ale myślę, że tutaj dotykamy czegoś jeszcze głębszego: naszego obrazu Boga. Dlaczego boimy się powierzyć Bogu swoje życie? Często jest to lęk, że jak już naprawdę wpuścimy Go do środka, to On wszystko nam zabierze. Że poprzestawia meble. Że zacznie wymagać cierpienia. Jakby tylko czekał na człowieka, który się zgodzi, żeby móc go „przycisnąć”. A to wynika z fałszywego obrazu Boga.

 – Czyli?

 – Z tego, jak nam o Bogu mówiono, jak Go sobie wyobrażamy, co o Nim myślimy, co do Niego czujemy. I często nosimy tutaj w sobie jakieś głębokie pęknięcie – na poziomie świadomym deklarujemy co innego, a w głębi czujemy co innego. Boimy się Boga, który ogranicza, odbiera wolność i radość życia. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. To nie Bóg nas okalecza. To my sami siebie często ranimy, gubimy, ograniczamy i oszpecamy. A Bóg widzi w człowieku piękno, które sam w nim złożył, kiedy powołał go do istnienia, a którego człowiek już w sobie nie dostrzega. I myślę, że Maryja jest właśnie kimś, kto niezwykle pomaga nam odzyskać takie spojrzenie. Bo Ona nie zatrzymuje uwagi na sobie. Ona pokazuje, kim może stać się człowiek w pełni otwarty na Boga. Świętość Maryi to piękno człowieczeństwa całkowicie zanurzonego w łasce. Dlatego rekolekcje w Imbramowicach, na które zapraszam,  będą właśnie o pięknie. O pięknie Maryi, ale też o naszym własnym pięknie, które bardzo często jest zasypane poczuciem winy, porównywaniem się, lękiem czy doświadczeniem odrzucenia. Będziemy rozmawiać o tym, jak Bóg patrzy na nas i dlaczego Jego spojrzenie jest zupełnie inne niż nasze. Dlatego chciałabym bardzo serdecznie zaprosić kobiety na rekolekcje „Cała piękna”, które odbędą się w dniach 19–21 czerwca 2026 roku w Imbramowicach koło Olkusza, w domu rekolekcyjnym przy klasztorze Sióstr Norbertanek. To będzie czas odkrywania piękna Maryi oraz naszego własnego piękna, zakorzenionego nie w perfekcji, ale w relacji z Bogiem.

 – Mam wrażenie, że współczesne kobiety żyją dziś pod ogromną presją: żeby dobrze wyglądać, nieustannie się rozwijać, udowadniać swoją wartość, „stawać się lepszą wersją siebie”. A jednocześnie coraz więcej kobiet nosi w sobie poczucie, że wciąż są niewystarczające. Czy my w ogóle jeszcze umiemy patrzeć na siebie jako na kogoś pięknego?

 – Współczesny świat bardzo często mówi kobiecie, że musi sama siebie stworzyć. Poprawić. Ulepszyć. Zrealizować. Zapracować na swoją wartość. Tymczasem chrześcijaństwo zaczyna dokładnie od odwrotnej wiadomości: twoja wartość nie zaczyna się od tego, co osiągniesz, jak wyglądasz ani jak bardzo jesteś podziwiana. Ona została wpisana w ciebie już w chwili stworzenia. W Księdze Rodzaju czytamy, że wszystko, co Bóg stworzył, było dobre. A w języku hebrajskim to samo słowo oznacza również „piękne”. Człowiek został więc stworzony jako bardzo dobry i bardzo piękny. Problem polega na tym, że my szukamy piękna zupełnie gdzie indziej. Dzisiaj piękno bardzo łatwo pomylić z perfekcją, atrakcyjnością, skutecznością albo byciem nieustannie podziwianą. Tymczasem prawdziwe piękno rodzi się z bycia kochanym i kochania i z życia w prawdzie o sobie. I myślę, że Maryja jest tutaj niezwykle ważna, bo Ona nie buduje swojej wartości na udowadnianiu czegokolwiek. Ona po prostu pozwala Bogu działać w swoim życiu.

 – Gdyby kobiety naprawdę odkryły swoją godność, gabinety medycyny estetycznej przestałyby istnieć?

 – Możliwe. (śmiech) Człowiek, który odkrywa swoją prawdziwą tożsamość i wartość, zaczyna być wolny. I wielu rzeczy po prostu już nie potrzebuje. Nie dlatego, że nimi gardzi albo uważa je za złe. Tylko dlatego, że przestają być konieczne do poczucia własnej wartości. Oczywiście nie oznacza to przejścia w drugą skrajność i zaniedbywania siebie czy jakiejś niechęci do podkreślenia swojego piękna. Maryja była świadoma, że „Pan uczynił Jej wielkie rzeczy” i że „odtąd błogosławić Ją będą wszystkie pokolenia.” Prawdę o naszym pięknie możemy odkryć tylko w jednych oczach – Bożych, nie w oczach świata, Instagrama czy nawet naszych własnych.

 – Jest coś niezwykłego w zakonnicach. Jak was poznaję, to widzę kobiety bardzo piękne.

 – Bo nie widać naszych siwych włosów i zmarszczek. Wszystko zakryte. (śmiech)

 – Ale jest w was jakiś pokój, którego się nie da podrobić.

 – Pokój bierze się z bycia blisko Boga.

 – I właśnie temu będą służyć te rekolekcje?

 – Tak. Myślę, że Maryja będzie nas tam przede wszystkim uczyła wierzyć. To jest zresztą bardzo karmelitańskie. Karmel ma jeden podstawowy charyzmat: stanąć sam na sam z Bogiem. Bez masek, bez udawania, bez konieczności ciągłego udowadniania swojej wartości. Po prostu być przed Nim naprawdę.

Żyć przed Jego obliczem.
Pozwolić Mu nas kochać.
Być dla Niego.
To jest centrum wszystkiego.