Gdyby Matka Teresa Kierocińska żyła dziś, prawdopodobnie nie zaczęłaby od kampanii w mediach społecznościowych ani pytania, kto jest „nasz”, a kto „obcy”. Zaczęłaby od modlitwy. A potem wyszłaby do człowieka: głodnego, pogubionego, stojącego samotnie przy furcie, dziecka spotkanego na ulicy, rodziny, która nie umie już ze sobą rozmawiać. Nie pytałaby, czy ktoś dobrze wygląda, poprawnie myśli i zasługuje na pomoc. – Nie segregowałaby ludzi na prawo i lewo. Dałaby każdemu coś: chleb, uśmiech, podanie ręki albo pytanie: „Jak masz na imię?” – mówi siostra Błażeja, przełożona domu macierzystego karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu. O Matce Zagłębia, „trudnej” Ewangelii, i cudach codzienności.
Rozmawia Dominika Bem
– Matkę Teresę Kierocińską znamy jako Matkę Zagłębia. Ale gdyby żyła dziś – gdzie by poszła i jak mówiłaby światu o Jezusie?
– Myślę, że pozostałaby sobą. Z tą samą czułością na człowieka i z tym samym pierwszym odruchem: najpierw Jezus. Najpierw modlitwa. Najpierw przyniesienie wszystkiego przed Jego serce. To mnie w niej zawsze bardzo porusza: ona nie zaczynała od działania, choć działała ogromnie. Nie zaczynała od planu, choć potrafiła podejmować rzeczy wielkie. Ona najpierw omadlała to, co miało się wydarzyć. Każdą decyzję, każdą sprawę, każdego człowieka. A dopiero potem wychodziła. I właśnie dlatego byłaby dziś blisko ludzi. Nie tych wybranych, nie tych „łatwych”, nie tych dobrze ustawionych po właściwej stronie. Byłaby blisko każdego. Nie segregowałaby ludzi na prawo i lewo. Nie pytałaby najpierw, kim ktoś jest, skąd przychodzi i czy zasługuje. Byłaby otwarta, serdeczna, uważna. Taka sama dla wszystkich. Gdyby przyszedł ktoś głodny, dostałby chleb. Gdyby ktoś poprosił o coś do picia, nie zostałby odprawiony. Gdyby zobaczyła dziecko na ulicy, zatrzymałaby się. Podałaby rękę dziecku albo jego rodzicom. Zapytałaby, czego potrzeba. Nie robiłaby wokół tego wielkiej opowieści. Po prostu byłaby z człowiekiem.
– To bardzo mocne: „nie segregowałaby ludzi”. Dziś, kiedy tak łatwo przypisujemy człowieka do obozu, poglądu, etykiety, taka postawa mogłaby być niewygodna. Czy Matka Teresa Kierocińska byłaby dziś znakiem sprzeciwu?
– Pewnie tak. Ale przecież w tamtych czasach też nie było jej łatwo. Ewangelia nigdy nie była wygodna. Tak samo było za czasów Pana Jezusa. Pytano: dlaczego rozmawia z jawnogrzesznicą? Dlaczego zatrzymuje się przy celniku? Dlaczego wchodzi do jego domu? A przecież to jest właśnie Ewangelia. Czysta Ewangelia. Nie do podziwiania z daleka, ale do wprowadzenia w życie. Jeśli ktoś naprawdę naśladuje Pana Jezusa z bliska, to ta droga zawsze prowadzi do drugiego człowieka. Nie obok niego. Nie ponad nim. Właśnie do niego. Pan Jezus zostawił nam przykazanie miłości. A ono nie działa wybiórczo. To nie jest tak, że dajesz tylko temu, kto jest uczciwy, porządny, dobrze wygląda i łatwo go polubić. Dajesz każdemu. Każdemu, kto cię prosi. Czasem to będzie kromka chleba. Czasem uśmiech. Czasem podanie ręki. Czasem jedno proste pytanie: „Jak masz na imię?”. Ale daj każdemu coś.
– W Kościele od wieków istnieją żywoty świętych. Kościół raz po raz się nimi karmi, wraca do nich, opowiada je kolejnym pokoleniom. Czy Siostra ma swój ulubiony obraz Matki Teresy Kierocińskiej? Jakąś historię, scenę, do której często wraca?
– Szczególnym rysem jej duchowości był kult Przenajświętszego Oblicza Pana Jezusa. To jej piękny znak. Z jednej strony karmelitanka Dzieciątka Jezus, a z drugiej – kobieta tak głęboko wpatrzona w cierpiące Oblicze Chrystusa. Myślę, że znaczenie miały także czasy, w których żyła: przedwojenne, wojenne i powojenne. To były lata naznaczone lękiem, cierpieniem, stratą, biedą. W takim świecie Oblicze cierpiącego Jezusa nie było tylko pobożnym obrazem. Było miejscem spotkania z Bogiem, który naprawdę zna ból człowieka. Oczywiście Matka Teresa bardzo czciła także Dzieciątko Jezus i przy każdej okazji dawała temu wyraz, szczególnie w czasie świąt Bożego Narodzenia. Ale Przenajświętsze Oblicze pozostaje dla mnie jednym z najmocniejszych kluczy do jej duchowości. Przyznam, że zanim lepiej poznałam Matkę Teresę, sama pewnie nie zwróciłabym na to takiej uwagi. Bardziej fascynowała mnie św. Teresa od Dzieciątka Jezus i jej bliskość z Dzieciątkiem. Dopiero z czasem zobaczyłam, jak wiele mówi o Matce Teresie to wpatrzenie w twarz cierpiącego Chrystusa.
– Siostra rozmawiała z niejedną karmelitanką i zapewne z niejedną kandydatką do zakonu. Czy często jest tak, że przychodzą dziewczyny i mówią: chcę wstąpić do klasztoru, że zainspirowałam się Matką Teresą Kierocińską?
– Niewiele osób od razu powoływało się na Matkę Założycielkę. Bardziej na św. Teresę od Dzieciątka Jezus. Matka Teresa ma tu mocną konkurentkę. Ale osoby, które były bliżej Sosnowca, miały kontakt z tym miejscem, przyjeżdżały na dni skupienia, na modlitwę indywidualną albo z okazji dwunastego dnia miesiąca, osoby zapraszane na spotkania młodych do Sosnowca, do naszej wspólnoty, były pod dużym wrażeniem Matki. Pod wrażeniem jej ciepła, uroku, spojrzenia. Myślę, że trzeba się od niej uczyć wrażliwości na osobę, która jest obok nas. Na wszystkich, z którymi się spotykamy. Tej wrażliwości można się od niej uczyć. Dziewczyny nieraz mówiły, że właśnie to inspirowało je do podjęcia tego kroku, do pójścia w tym kierunku.
– Dziś dużo mówi się o kryzysie relacji, o samotności, pośpiechu, powierzchowności spotkań. Papież Leon XIV także często przypomina, że trzeba wracać do prawdziwej bliskości i odpowiedzialności za drugiego człowieka. Tymczasem pielgrzymi, którzy przychodzą do domu macierzystego karmelitanek, często wychodzą z poczuciem, że naprawdę zostali przyjęci: jest rozmowa, agapa. Czy troska o relacje jest wpisana w charyzmat waszej rodziny zakonnej?
– Staramy się po prostu otwierać to, co mamy: miejsce, czas, serce. Dziś mamy więcej możliwości niż kiedyś. Po zbudowaniu dużej kaplicy dawna kaplica stała się Salą Matki Bożej, przestrzenią spotkań, rozmów i agap. Wcześniej było skromniej: podwórko, stolik, woda, ciastko. Ale sens pozostał ten sam. Najważniejsze jest zatrzymanie się przy człowieku. Pamiętam sytuację, kiedy przyszły dwie panie. Jedna poszła porozmawiać ze znajomą siostrą, druga została sama przy furcie. Wiedziałam, że tamta rozmowa może dłużej potrwać, więc podeszłam i zapytałam pani przy furtce czy chciałaby porozmawiać, pomodlić się, może przejść dalej. Odpowiedziała nieśmiało: „Nie, poczekam”. Powiedziałam więc: „To ja poczekam z panią”. I czasem od tego zaczyna się spotkanie. Czasem cała Ewangelia mieści się w jednym zdaniu.
– Czekamy na beatyfikację Matki Teresy. Czy to oczekiwanie jest dla siostry pragnieniem potwierdzenia jej świętości, czy raczej wdzięcznością za obecność, której już dziś siostry doświadczają?
– Na pewno każda z nas chciałaby zobaczyć Matkę na ołtarzach, w chwale. Ja byłam osobiście podziękować za podpisany dekret o heroiczności cnót Matki Teresy, naszej współzałożycielki, przez papieża Franciszka. To było w 2013 roku. Wtedy papież też życzył, żeby dokonała się beatyfikacja po zatwierdzeniu cudu do beatyfikacji. Wypraszamy wiele łask za wstawiennictwem Matki Teresy i ludzie nam za nie dziękują. Przysyłają podziękowania, sami przyjeżdżają. Czasem dzieje się to bardzo spontanicznie. Przyjechała kiedyś młoda dziewczyna i powiedziała, że chciałaby, aby jej brat jakoś związał się z rodziną, bo odszedł daleko, daleko. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia. Powiedziałyśmy: pomodlimy się. Za dwa dni przyjechała podziękować, mówi, że ni stąd, ni zowąd brat stanął w drzwiach. Otwierała mu drzwi. Była naprawdę zaszokowana taką modlitewną interwencją przez wstawiennictwo Matki Teresy.
– A tutaj, na terenie klasztoru, Matka Teresa też coś siostrom „ogarnęła”?
– Wiemy, że wiele jest łask wyproszonych. Wiele. Modlimy się o bardzo konkretne sprawy. O zdrowie dla tej czy innej siostry, o zdanie egzaminów, o to, co życie codzienne przynosi. Jeżeli chodzi o nasze rodziny, też bywa w nich różnie. Nie wszyscy są blisko Pana Jezusa. Niektórzy wyjechali za granicę, nie mają kontaktu, są daleko. Modlimy się więc, żeby sytuacja została uleczona, żeby nastąpiła przemiana serca znanej nam osoby. Ktoś spotyka się z jakąś trudnością, czasem bardzo osobistą. Czasem wymieniamy jakąś sprawę bez podawania imienia. Na przykład, żeby rozwiązała się sprawa prowadzona w sądzie. Ważna sprawa. Potem to, co się dzieje jest dowodem na interwencję z nieba. Czasem modlimy się długo. Ale modlitwa wytrwała ma sens.
– Jak takiej modlitwy nie pomylić z magiczną różdżką? Bo czasami mam wrażenie, że modląc się, bardziej stawiamy Bogu żądanie, niż przyjmujemy Jego wolę.
– Właśnie od woli Bożej trzeba zacząć. Pan Bóg wie, co jest dla nas najlepsze. My się modlimy, owszem. Ale jeżeli Pan Bóg uznaje, że coś innego jest lepsze, to my tego jakby nie wyprosimy po swojemu. Swoim rozumem nie dojdziemy od razu do tego, jaka jest wola Boża.
– Jaka dziś jest rodzina karmelitańska tutaj, w Sosnowcu, w domu macierzystym, gdzie Matka Teresa założyła zgromadzenie?
– Zróżnicowana pod względem wieku i doświadczenia. Pewnie też pod względem wędrówki z Panem Jezusem i między sobą. We wspólnocie się zmieniamy. Kiedyś myślałam, patrząc na Matkę: nie wiem, kto ma łatwiej. Ona miała łatwiej czy my? Ale znam przykład jej życia. Jej wierność w różnych wymiarach – wierność sobie, wierność Bogu, wierność drugiemu człowiekowi -jest dla nas przykładem. I dużo mi jest łatwiej, kiedy patrzę, jak ona była wierna.
– A tak bardzo personalnie: za co siostra najbardziej kocha Karmel? Za co najbardziej kocha to zgromadzenie, karmelitanki Dzieciątka Jezus?
– Mam stuprocentowe przekonanie, że to jest moje miejsce. Nie miałam wątpliwości, że mam iść i że to ma być właśnie to zgromadzenie. Może dlatego, że moja ciocia, rodzona siostra mojej mamy, też była karmelitanką Dzieciątka Jezus. Widziałam ją w domu, kiedy przyjeżdżała odwiedzić rodzinę. Bardzo mi imponowała spokojem, rozmodleniem i ciepłem. To nie było wymuszone ani dziwne, bo spotykała się z rodzoną siostrą, z nami jako ciocia z dziećmi. Co mnie najbardziej pociąga? Prostota. Taka zwyczajność życia. Nie ma tu rzeczy wymyślonych, wyszukanych. Wiadomo, że stopa życiowa się zmienia, zmieniają się warunki i wymagania, ale to zwyczajność pozostaje ciągle taka sama. Były u nas przez trzy miesiące nasze siostry Afrykanki z Burundi i stwierdziły przed wyjazdem, my czujemy się tak samo tu, jak i tam, jak w rodzinie. Chociaż dookoła wszystko jest zupełnie inne.
– Myśli Siostra, że za czasów Matki Teresy Kierocińskiej też tak było? A może siostry jeszcze mocniej czuły jedność między sobą?
– Myślę, że jeszcze bardziej. Były jeszcze prostsze i bardziej zwyczajne. My może już bardziej uważamy na to, kiedy lepiej wypadniemy. Czy to będzie dobrze ocenione, czy właściwie odebrane. To dotyczy nawet podejmowania pracy, nowych wyzwań. Wtedy było też mniej własnej inicjatywy, ponieważ posłuszeństwo rozumiano inaczej. Większą decyzyjność miała przełożona. Siostra, która miała jakiś pomysł, szła do przełożonej i dostawała jasną odpowiedź: tak, będziesz to robić, albo nie, nie będziesz tego robić. I jedna droga się zamykała, a druga otwierała.
– Czy właśnie to proste życie, które zachwyca – i ja widzę ten zachwyt w oczach Siostry – nie jest dokładnie tym, czego świat dziś nie rozumie? W mediach społecznościowych prostota przecież prawie się nie liczy. Podkręcamy zdjęcia, nakładamy filtry, pokazujemy tylko najlepszy moment dnia, żeby jak najlepiej wypaść.
– Na pewno życie zakonne, jego idea i sens, nie są dziś w świecie rozumiane. Każdy chciałby coś osiągnąć, mieć więcej, pokazać się, coś nagrać. Rozmawiałam kiedyś z jednym chłopakiem z rodziny i zapytałam go: „Co ty byś chciał w swoim życiu osiągnąć?”. Odpowiedział: „Zaistnieć medialnie po pierwsze. A po drugie urządzić się. Później poznać świat”. A ja pytam: a Pan Jezus? Czego On chce? U nas jest odwrotnie.
– Trudno jest czasem być karmelitanką w przestrzeni publicznej?
– Czasem można usłyszeć słowo raniące czy niesprawiedliwe. Wiele zależy od wrażliwości – każda z nas ma ją inną, a z biegiem lat ona też się zmienia. Jeśli człowiek bardzo mocno oczekuje uznania i szacunku, łatwo może poczuć się zraniony. Życie zakonne uczy jednak, żeby nie zatrzymywać się na tym, jak zostałyśmy przyjęte, ale wracać do pytania, dla Kogo i po co jesteśmy. Zasadniczo jednak nie doświadczamy takich trudności na co dzień. Raczej uczymy się spokojnej obecności, także wtedy, gdy ktoś nie rozumie naszego wyboru.
– Kiedy siostra mówi o Matce Teresie, mam wrażenie, że ona nie jest tylko postacią z historii zgromadzenia. Jest jak cicha miara codzienności. Jak pytanie, które wraca w klasztorze, ale może wrócić też do każdego z nas: czy umiesz być wierny?
– Tak. Myślę, że właśnie od tego trzeba zaczynać. Matka Teresa uczy nas takiej wierności w małych rzeczach, a jednocześnie wielkiego zaufania Panu Jezusowi. Bo wszystko zaczyna się od Niego. I wszystko do Niego prowadzi.

siostra Błażeja, przełożona domu macierzystego karmelitanek Dzieciątka Jezus w Sosnowcu



