Są sanktuaria, do których jedzie się po cud. Są takie, do których pielgrzymuje się z wdzięczności. I są miejsca, które uczą czegoś znacznie trudniejszego – że Bóg nie zawsze przychodzi z mocą, która oślepia. Czasem przychodzi z rękami związanymi sznurem. Przeginię wielu mija w drodze z Krakowa na Jurę Krakowsko-Częstochowską. Kilka kilometrów dalej zachwycają wapienne skały, Ojcowski Park Narodowy i Pieskowa Skała. A tymczasem pośród zwyczajnej wsi od siedmiu stuleci stoi świątynia, której sercem nie jest monumentalny ołtarz ani barokowy przepych. Sercem tego miejsca są oczy Chrystusa. To spojrzenie zatrzymuje. Nie dlatego, że jest surowe. Dlatego, że nie oskarża.
W bocznej kaplicy znajduje się obraz Cierpiącego Chrystusa Miłosiernego – przedstawienie typu Ecce Homo. Jezus ma cierniową koronę, związane dłonie i trzcinę w ręku – znak szyderstwa. Nie jest jeszcze ukrzyżowany. To chwila, gdy świat wyśmiewa Boga, a Piłat wypowiada słowa: „Oto Człowiek”. Wizerunek ma ponad metr wysokości, pochodzi prawdopodobnie z XVI wieku i od pokoleń otaczany jest kultem wiernych. Przy obrazie wiszą dziesiątki wotów – ciche świadectwa ludzi, którzy uwierzyli, że właśnie tutaj zostali wysłuchani.
Rycerz, który chciał ocalić Boga
Każde sanktuarium ma swoją opowieść. Tutaj zaczyna się ona od ognia. Legenda mówi o rycerzu z pobliskiego Sieniczna walczącym na Kresach Rzeczypospolitej. Gdy jeden z kościołów stanął w płomieniach podczas najazdu, wszedł do środka nie po złoto, nie po kielichy liturgiczne i nie po własne życie. Poszedł po obraz Chrystusa.
Wyciął płótno, owinął je wokół siebie i wrócił z wojny żywy, choć wielu jego towarzyszy nie miało tyle szczęścia. Uwierzył, że ocalił go Ten, którego sam próbował ocalić. Po powrocie obraz trafił najpierw do Sieniczna, a później do Przegini, gdzie rozpoczął się jego kult. Ta historia pozostaje piękną tradycją sanktuarium, choć nie zachowały się dokumenty pozwalające zweryfikować wszystkie jej szczegóły. Może jednak najpiękniejsze w tej historii jest coś innego. Rycerz był przekonany, że uratował obraz. A od kilku stuleci ludzie przychodzą tutaj, wierząc, że to Chrystus z tego obrazu ratuje ich.
Sanktuarium ludzi bezsilnych
Większość religijnych obrazów pokazuje Boga zwyciężającego. Tutaj jest inaczej. Chrystus nie podnosi ręki do błogosławieństwa. Ma związane ręce. Paradoks chrześcijaństwa polega właśnie na tym, że największa moc Boga objawia się nie wtedy, gdy wszystko może, ale wtedy, gdy dobrowolnie pozwala się zranić z miłości do człowieka. Dlatego Przeginia jest sanktuarium niezwykle współczesnym. Bo ilu ludzi żyje dziś właśnie z poczuciem związanych rąk? Rodzice, którzy nie potrafią pomóc swoim dzieciom. Małżonkowie walczący o rodzinę. Chorzy. Samotni. Ludzie po zdradach, po utracie pracy, po śmierci bliskich. Wszyscy oni wiedzą, czym jest bezsilność. I właśnie do nich patrzy Chrystus z Przegini. Nie mówi: „Już nigdy nie będziesz cierpiał”. Mówi raczej: „Ja już tam byłem przed tobą.”

Siedemset lat modlitwy
Historia parafii sięga prawdopodobnie 1325 roku. Najpierw był drewniany kościół. Potem świątynia ufundowana przez Michała Zebrzydowskiego. Na początku XX wieku została gruntownie przebudowana i otrzymała obecny neogotycki wygląd. W 2003 roku biskup Adam Śmigielski ustanowił ją oficjalnym sanktuarium diecezji sosnowieckiej, choć pielgrzymi przybywali tutaj od znacznie wcześniejszych czasów. To miejsce pamięta średniowiecze. Reformację. Potop. Dwie wojny światowe. Zmieniały się państwa, granice i ustroje. Chrystus pozostał.
Cisza, która mówi
Do Przegini nie przyjeżdża się dla wielkich widowisk. To nie jest sanktuarium tłumów. Nie ma tu jarmarku. Nie ma krzyczących reklam. Jest cisza. I właśnie ona jest jednym z największych skarbów tego miejsca. Bo człowiek odkrywa, że najważniejsze rozmowy z Bogiem rzadko odbywają się w hałasie.
Największy cud
Łatwo zapytać o uzdrowienia. O niezwykłe wydarzenia. O spektakularne świadectwa. Ale być może największy cud Przegini wygląda zupełnie inaczej. Ktoś przychodzi z pytaniem: „Dlaczego?”. A wychodzi z pokojem. Nie dlatego, że otrzymał wszystkie odpowiedzi. Lecz dlatego, że spotkał Kogoś, kto zna ciężar cierpienia od środka. Patrząc na Chrystusa z Przegini trudno nie pomyśleć, że Bóg nie zbawia świata siłą. Zbawia go miłością. I właśnie dlatego Jego związane ręce okazują się silniejsze niż pięści wszystkich imperiów świata. Może dlatego od tylu pokoleń ludzie wracają właśnie tutaj. Nie po to, by zobaczyć niezwykły obraz. Ale po to, by przypomnieć sobie, że nawet wtedy, gdy nasze ręce wydają się związane, ręce Boga nadal obejmują człowieka.
tekst i zdjęcia: Dominika Bem



