Wszystko w Maryi odnosi się do Chrystusa

Kiedy teologia spotyka się z życiem, rodzi się refleksja, która nie jest tylko wykładem, ale zaproszeniem do głębszego spojrzenia na wiarę. Zapraszamy do lektury konferencji przygotowanej przez ks. dr. hab. Pawła Pielkę – kapłana diecezji sosnowieckiej, teologa, autora publikacji naukowych i przez lata wykładowcę Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie. Jego refleksje wyrastają z połączenia pracy naukowej i doświadczenia duszpasterskiego. Konferencja została wygłoszona podczas peregrynacji Cudownego Obrazu Nawiedzenia Najświętszej Maryi Panny w Kurii Diecezjalnej w Sosnowcu.

Mariologia jest w pewnym sensie sprawdzianem całej teologii. Jeśli pojawia się błąd w jej przestrzeni, bardzo szybko zaczyna on rzutować na całe rozumienie wiary. Dlatego dziedzina ta jest tak ważna. A jednak bywa traktowana jednostronnie. Niekiedy z wielką gorliwością tropi się na przykład przesadę w pobożności maryjnej – tę prawdziwą albo tylko domniemaną. Rzadziej natomiast zauważa się inny problem: pomniejszanie roli Maryi. A to również prowadzić może do istotnych błędów teologicznych.

Czasem słyszymy zarzut, że w Piśmie Świętym jest o Maryi napisane niewiele. Biblijne źródła mariologii są zatem skromne. Można by na to odpowiedzieć jednak bardzo prosto. Gdyby w Piśmie Świętym napisane było tylko jedno zdanie, że Maryja „poczęła z Ducha Świętego”, to już tylko to mogłoby stanowić przedmiot głębokiej i niekończącej się medytacji. A przecież w Ewangelii odnajdujemy o wiele więcej.

Przywołajmy czas życia Maryi w Nazarecie. Trzydzieści lat, o których prawie nic nie zapisano. To czas w istocie niewysłowiony. Jak bowiem opisać to, jak Maryja patrzyła na Jezusa? Jak wyglądały zwyczajne dni w ich domu? Możemy próbować wyobrazić sobie Józefa wracającego z pracy, może przynoszącego miód do domowej spiżarni. Maryję kładącą podpłomyki i mleko na stole i to, jak siadali razem do wieczerzy. Czy ktoś byłby w stanie to opisać? Nie. A właśnie to jest przestrzeń kontemplacji. My mamy dzisiaj coraz słabszy zmysł kontemplacji, dlatego tak trudno nam docierać do tych niewyczerpanych pokładów tajemnicy.

Mówimy czasem, że w Nazarecie toczyło się zwyczajne życie. To prawda. Tylko że było to zwyczajne życie osób absolutnie niezwyczajnych. Maryja była prostą dziewczyną z Nazaretu? Tak, jednak równocześnie Niepokalaną. W jednym domu mieszkała zatem Niepokalana, Święty Józef i Ten, który miał stać się Zbawicielem świata. Można więc powiedzieć: zwyczajne życie – ale przeżywane w sposób nadzwyczajny. I to również jest przedmiotem naszej kontemplacji.

Podstawą mariologii nie jest jednak tylko Pismo Święte. W pewnym sensie jest nią także życie świętych. W świecie, który bardzo często powtarza, że autorytety się skończyły, że się zdezawuowały, że już ich nie ma – Kościół ma i wciąż wskazuje na świętych jako swoje autorytety, które proponuje światu. Czy jednak naprawdę autorytety te odkrywamy? Czy miejsce świętych w naszym życiu jest takie, na jakie oni zasługują?

Przypomnijmy jeden szczegół z historii św. Jana Pawła II Wielkiego. Podczas zamachu na placu św. Piotra papież został trafiony kulami. Jedna z tych kul została na jego prośbę umieszczona w … koronie figury Matki Bożej Fatimskiej. Dokładnie u jej szczytu. Wszystko pasowało jak na miarę. Co to znaczy? Można oczywiście powiedzieć: papież oddał Maryi swoje cierpienie, oddał swoje rany. Jednak kula znajduje się w koronie, w miejscu oznaczającym chwałę. Być może jest w tym jeszcze głębsza intuicja. Święci często przeczuwają coś, do czego my musimy dopiero dojrzewać. Znowu, tu otwiera się ogromna przestrzeń medytacji i kontemplacji. Święci są w niej zanurzeni.

Kościół nie zostawia nas w naszych poszukiwaniach samych. Prowadzi nas Magisterium Kościoła. To wielkie szczęście – być w Kościele, który wskazuje drogi myślenia i modlitwy, także w mariologii. W jednym z dokumentów Soboru Watykańskiego II, pojawia się bardzo ważne zdanie: „Maryja nie została tylko biernie użyta przez Boga”. To sformułowanie jest niezwykle istotne. Można by pomyśleć, że Maryja była jedynie narzędziem, a Bóg po prostu „użył” Jej do zrodzenia Jezusa. Takie myślenie jednak zubaża zarówno obraz Maryi, jak i obraz Boga. Czy Bóg, którego wyznajemy, jest Bogiem, który „używa” ludzi? Oczywiście, że nie.

Sobór stwierdza jasno: Maryja „wolną wiarą i posłuszeństwem współpracowała w dziele ludzkiego zbawienia”. Współpracowała. Całą swoją osobą. Całą swoją wolnością. W posłuszeństwie. Również swoim ciałem – bo przecież Jej macierzyństwo jest także rzeczywistością biologiczną, ale nie jest tylko biologiczne. Zaangażowana jest tutaj cała tajemnica osoby, tajemnica, której nigdy do końca nie zgłębimy.

Maryja nie jest więc w tym dziele bierna. Rzeczywiście współdziała z Bogiem. To bardzo ważne również dla nas. Czasem bowiem pojawia się wizja wiary, w której człowiek jest tylko biernym miejscem działania Boga – Bóg działa, a człowiek rzekomo pozostaje jakby z boku. Tymczasem katolicyzm mówi o współdziałaniu. I właśnie w Maryi widać je najpełniej. Dlaczego? Ponieważ jest Niepokalana.

W Maryi wszystko odnosi się do Chrystusa. My natomiast żyjemy w kulturze, która bardzo mocno koncentruje się na człowieku. Na jego podmiotowości, na jego „ja”. Podmiotowość jest ważna, bywała dotąd umniejszana. Ale łatwo może zamienić się w zamknięcie się w sobie. U Maryi jest inaczej. Obce jest dla Niej owo „zakrzywienie” na sobie. Wszystko w Niej odnosi się do Chrystusa i od Niego zależy. I tu pojawia się dla nas wezwanie, aby trochę odejść od siebie.

Maryja pokazuje jeszcze jedną niezwykle ważną postawę. Bóg chce obdarowywać. Bóg chce dawać. A Maryja – przyjmuje. To wydaje się proste, ale w świecie, w którym żyjemy, wcale takie nie jest. Dziś wartość człowieka bardzo często mierzy się caktywnością, skutecznością czy produktywnością. Jeśli ktoś przestaje być aktywny, łatwo pojawia się poczucie przegranej. Tymczasem chrześcijaństwo przypomina: najważniejsze jest przyjmowanie łaski. Ale przyjmowanie nie jest biernością. To akt otwarcia się na Boga będący również aktywnością.

Maryja jest paradygmatem Kościoła. Jego wzorem. Kościół może być jak Jan Chrzciciel – wskazywać na Chrystusa. I to jest bardzo ważne. Jest on jednak czymś więcej albo, ściślej, Kimś więcej. On niesie Boga. Niesie Go do wszystkich ludów. I powinien czynić to tak, jak czyniła to Maryja. Oby coraz bardziej stawał się do Niej podobny. Oby potrafił rezygnować z tego, co jest tylko jego. Oby wszystko w nim było skierowane ku Chrystusowi.

Autorem tej refleksji jest ks. dr hab. Paweł Pielka – kapłan diecezji sosnowieckiej, teolog i duszpasterz. Przez lata związany był także z pracą naukową i dydaktyczną na Uniwersytecie Papieskim Jana Pawła II w Krakowie. W swoich konferencjach łączy precyzję teologa z doświadczeniem kapłana, który wie, że najważniejsze pytania rodzą się nie w książkach, ale w sercu człowieka.