Na początku był Joachim… – „Kościoły parafialne”

Na początku był Joachim. Dwieście lat historii, wiary, codziennych modlitw i wielkich decyzji, które po cichu zmieniały oblicze parafii. Rok 2026, w którym obchodzony jest jubileusz 200-lecia, staje się dobrą okazją, by wrócić do początku i po kolei opowiedzieć to, co dziś wydaje się oczywiste, a wcale takie nie było. 

Kiedy po raz pierwszy czyta się tytuł „Kościoły parafialne”, pojawia się naturalne pytanie: ileż ich mogło być? Wspólnota, która liczy niespełna dwieście lat – jeden kościół parafialny, to brzmi logicznie. Dwa? Jeszcze da się obronić. Ale trzy? I to trzy w stanie osobliwym: jeden nie istnieje dziś wcale, drugi istnieje tylko do połowy, a trzeci… no właśnie, wygląda jak wygląda. Ale po kolei.

Pierwszy kościół w Niwce wybudowany pod koniec XVII wieku. Na jego miejscu stoi dziś kościół św. Jana Chrzciciela w Sosnowcu-Niwce.

Historia zaczyna się w Niwce. To tam w 1787 roku poświęcono pierwszy kościół, ufundowany przez Józefa Miroszewskiego. Formalnie był to jeszcze kościół parafialny parafii Mysłowice. W praktyce jednak wszystko działało już jak w parafii: była wspólnota, był duszpasterz, był rytm życia religijnego. Tyle że status prawny zmieniał się wolniej niż rzeczywistość duszpasterska. Parafia istniała, choć oficjalnie jeszcze jej nie było. Taki kościelny odpowiednik facebookowego statusu związku: „to skomplikowane”. Teoretycznie dałoby się to uporządkować szybciej, ale jak to w Kościele bywa – nic nie dzieje się szybko. Kościelne młyny mielą wolno tak dzisiaj, jak i w przeszłości – taka domena firmy.

Dopiero w 1826 roku parafia została kanonicznie erygowana. Choć warto dodać, że biskupa do tej decyzji musiały jeszcze przekonywać władze cywilne, bo sam nie do końca widział potrzebę erygowania tu parafii. Po wielu latach nacisków, próśb i rozmów – niczym w długim, nieformalnym związku – parafia w końcu została sformalizowana. Kościół w Niwce stał się pierwszą już całkiem oficjalną świątynią parafialną. Dlaczego dopiero wtedy? Wszystkie te wątki rozwijamy w monografii parafii, która ukaże się po wakacjach. Zachęcamy do lektury.

Kościół w Niwce nie nacieszył się jednak długo swoją nową rolą. Po siedmiu latach zmarł jego fundator. Opiekę nad parafią przejęła jego żona, hrabina Jadwiga Miroszewska. I tu wkracza czynnik najbardziej ludzki z możliwych: odległość. Hrabina mieszkała w Zagórzu, do kościoła miała daleko, więc zaczęła się zastanawiać, gdzie by tu wybudować nowy, żeby było bliżej. Na stole leżały dwie lokalizacje: Klimontów – którego chciał biskup – oraz Zagórze, które chciała hrabina. Klimontów był wyborem logicznym: centralny punkt ówczesnej parafii obejmującej Niwkę, Klimontów, Porąbkę, Modrzejów, Sielec i Zagórze. Logika jednak nie zawsze wygrywa. Czasem decyduje ten, kto ma pieniądze. Zagórze miało tę przewagę, że hrabina tam mieszkała, a skoro płaciła, to zbudowała kościół tam, gdzie chciała. Bogata była – wolno jej było. Kto jej by zabronił?

Kościół w Zagórzu przed rozbudową.

Tak powstała druga świątynia parafialna, wzniesiona na Zagórzu. W 1850 roku parafia została oficjalnie przeniesiona z Niwki właśnie tutaj. Po śmierci Miroszewskiej opiekę nad kościołem przejęli kolejni właściciele dóbr. Najciekawszym przypadkiem był Christian Gustav von Kramsta – ewangelik i właściciel licznych kopalń w okolicy. W pewnym momencie zorientował się, że jeśli chce dalej kopać węgiel, musi wyremontować kościół. Trochę był tym faktem zdziwiony, ale skoro węgiel przynosił korzyść, a pieniądze jeszcze większą, to kościół wyremontował. Taka była umowa społeczna epoki. To kolejny moment, w którym historia zaczyna się rozrastać i komplikować, dlatego z pełną odpowiedzialnością znów odsyłamy do monografii.

Spacerując dziś po Zagórzu i patrząc na kościół św. Joachima, trudno nie zauważyć, że coś tu jest nie do końca oczywiste. Pierwsza i druga część świątyni wyglądają, jakby pochodziły z dwóch zupełnie różnych opowieści. I słusznie. Pod koniec XIX wieku parafia rosła w zawrotnym tempie. Kopalnie, zakłady pracy, napływ ludności. W 1898 roku liczyła już około czterdziestu tysięcy wiernych. Kościół zaprojektowany na trzy tysiące okazał się zwyczajnie za mały. Ówczesny proboszcz, ks. Józef Dotkiewicz, podjął więc decyzję odważną: rozebrać stare prezbiterium i zbudować nowy kościół. Duży. Bardzo duży…

Budowa trwała dziesięć lat. Powstała trójnawowa, monumentalna bazylika, która do dziś jest jednym z najważniejszych punktów orientacyjnych Zagórza i jednym z największych kościołów diecezji. Stary kościół miał zostać rozebrany w całości. Legenda mówi, że władze carskie wyraziły zgodę na rozbudowę pod warunkiem zachowania formalnej ciągłości – więc formalnie „rozbudowano” stary kościół, rozbierając stare prezbiterium. Czy to prawda? Trudno powiedzieć. Ale legenda dobrze oddaje polską kreatywność. Ostatecznie potrzeby duszpasterskie okazały się ważniejsze niż pierwotne plany. Potem doszła ochrona zabytków. A dziś chyba nikt nie chciałby, aby ten fragment historii zniknął.

Kościół św. Joachima obecnie.

I dlatego kościół św. Joachima wygląda tak, jak wygląda. Kiedy ktoś widzi go po raz pierwszy, niemal odruchowo zadaje pytanie: kto do tego ceglanego kościoła dobudował to białe? A gdy słyszy, że to białe jest starsze, pojawia się kolejne pytanie: dlaczego? I wtedy najczęściej pada odpowiedź uniwersalna, ponadczasowa i jakże kościelna: to skomplikowane.

To dopiero pierwsza opowieść o parafii św. Joachima. W kolejnej zajrzymy w miejsca, które dziś wydają się oczywiste, a wcale takie nie są. Warto wrócić. Zapraszamy.

ks. Marcin Słodczyk