Między 1848 a 1961 rokiem świat próbował na nowo zdefiniować pracę, człowieka i sprawiedliwość. W tym samym czasie Kościół konsekwentnie wskazywał na milczącego cieślę z Nazaretu. Nie jako symbol epoki, ale jako odpowiedź, która nie starzeje się nigdy.
Był rok 1848, kiedy Europa zaczęła mówić językiem, który miał zmienić historię, a „Manifest komunistyczny” stał się jednym z najbardziej wpływowych tekstów epoki, próbując nadać sens narastającym napięciom społecznym, które rodziły się w cieniu kominów fabryk, w huku maszyn i w milczeniu ludzi, którzy coraz częściej pracowali ponad siły, tracąc nie tylko zdrowie, ale i poczucie własnej godności.
W drugiej połowie XIX wieku świat przyspieszył tak bardzo, że człowiek przestał nadążać za własnym życiem, a miasta – także te naszego Zagłębia, wyrastające na pracy, węglu i ogniu hut – zaczęły oddychać rytmem przemysłu, który nie znał litości, nie znał odpoczynku i coraz rzadziej znał człowieka.
I właśnie wtedy, w 1891 roku, papież Leon XIII ogłasza encyklikę „Rerum novarum”, w której nie tylko opisuje dramat robotników, ale próbuje zatrzymać świat w biegu, przypominając, że praca nie może odbierać człowiekowi jego człowieczeństwa, że sprawiedliwość nie może być pustym hasłem, a godność nie może być negocjowalna.
Rok później, w 1892, wskazuje świętego Józefa jako patrona robotników i ojców rodzin, jakby chciał powiedzieć światu coś bardzo prostego i jednocześnie bardzo trudnego do przyjęcia: że odpowiedzią na chaos nie zawsze jest kolejna teoria, kolejny system czy kolejna rewolucja, ale czasem człowiek, który wiernie robi swoje.
Ale świat nie słuchał ciszy.
W 1917 roku wybucha rewolucja w Rosji, która w imię sprawiedliwości przynosi przemoc, a w imię równości – nowe podziały, pokazując boleśnie, że idee, które miały wyzwalać, potrafią także zniewalać, kiedy tracą z oczu konkretnego człowieka.
A Kościół nie zmienia kierunku.
W 1920 roku Benedykt XV ukazuje świętego Józefa jako wzór dla wszystkich chrześcijan, w 1955 roku Pius XII ustanawia 1 maja świętem św. Józefa Robotnika, jakby chciał odzyskać dla człowieka dzień, który ideologie próbowały zawłaszczyć, a w 1961 roku Jan XXIII powierza jego wstawiennictwu Sobór Watykański II i poleca wspominać jego imię w kanonie Mszy świętej, jakby wiedział, że są sprawy, których nie rozwiąże żadna debata, jeśli nie będą zakorzenione w czymś głębszym.
Bo Józef nie pasuje do światowego systemu.
Nie przemawia do tłumów, nie pisze manifestów, nie organizuje rewolucji, nie buduje ideologii. Jego życie nie jest teorią. Jest odpowiedzialnością. Jest cichą obecnością. Jest pracą, która nie potrzebuje uznania, żeby mieć sens. I może właśnie dlatego próbowano go zawłaszczyć, wpisać w narrację, uczynić symbolem. A On został Rzemieślnikiem.
I jakby na potwierdzenie tej prawdy historia dopowiada coś jeszcze.
Jest rok 1852. Siedem sióstr loretanek przybywa do Santa Fe, miejsca nazywanego końcem świata, gdzie bieda nie jest wyjątkiem, ale codziennością, gdzie ludzie żyją na granicy bezpieczeństwa, a przyszłość jest bardziej przeczuciem niż planem. Najpierw budują szkołę, ucząc dzieci czytać i pisać, jakby wiedziały, że od tego zaczyna się zmiana świata. Dopiero po dwudziestu latach, około 1872 roku, zaczynają budowę kaplicy, która ma być odbiciem paryskiej Sainte-Chapelle. Budowa trwa pięć lat.
Kiedy wszystko jest gotowe, okazuje się, że nie ma schodów prowadzących na chór.
Architekt nie żyje. Specjaliści rozkładają ręce. Mówią: nie da się. Siostry nie mają planu B. Zaczynają modlitwę. Nowennę do świętego Józefa, cieśli, który zna się na rzeczach prostych i trudnych jednocześnie. Po kilku dniach pojawia się staruszek. Z młotkiem, z piłą, z kawałkiem drewna i z ciszą, która nie potrzebuje wyjaśnień. Prosi tylko o jedno: żeby mógł pracować sam. Zamknięty w kaplicy przez trzy miesiące robi coś, czego nie potrafią wyjaśnić ani architekci, ani inżynierowie. Buduje schody. Spiralne. Bez gwoździ. Bez centralnej podpory. Z trzydziestoma trzema stopniami. Konstrukcję, która nie powinna stać, a stoi do dziś. I znika. Nikt go nie zna. Nikt go nie widział wcześniej ani później. Drewno, którego użył, nie występuje w tamtym regionie.
Siostrom pozostaje tylko jedno.
Uwierzyć, że Józef przyszedł.
Bo on taki jest.
Nie robi hałasu. Nie zostawia podpisu. Nie potrzebuje uznania. Kiedy działa, robi to konkretnie, do końca, bez zbędnych słów.
I może dlatego wciąż jest tak potrzebny.
W świecie, który znów próbuje zredukować człowieka do funkcji, do wyniku, do roli. W świecie, który znów krzyczy swoje hasła, jakby krzyk mógł zastąpić sens.
Pytanie nie brzmi więc, czy te schody naprawdę zbudował święty Józef.
Pytanie brzmi: czy ty potrafisz mu zaufać na tyle, żeby pozwolić mu wejść w swoje życie, w swoje „nie da się”, w swoje miejsca bez wyjścia?
Bo może największy cud nie wydarzył się w XIX wieku.
Może wydarza się teraz.
tekst: Dominika Bem
fot. ks. Waldemar Wesołowski / Tygodnik Niedziela



