Przytuleni do serca Matki. Nocne czuwanie diecezji sosnowieckiej na Jasnej Górze

Od Apelu Jasnogórskiego rozpoczęło się nasze diecezjalne czuwanie na Jasnej Górze. Przyjechaliśmy tam jako wspólnota, która chciała powiedzieć Maryi jedno proste słowo: dziękujemy. Za czas peregrynacji, za Jej obecność w naszych parafiach, domach i rodzinach, za łaski widzialne i te ukryte, które dokonywały się w ciszy ludzkich serc. Tej nocy modliliśmy się razem: podczas różańca, uwielbienia i wspólnego czuwania. Słowo konferencji wygłosił ks. Paweł Pielka, prowadząc nas głębiej w sens tego diecezjalnego dziękczynienia. Przynieśliśmy na Jasną Górę naszą diecezję taką, jaka jest: poranioną, ale kochaną; zmęczoną, ale pełną nadziei; potrzebującą Matki, która nie oskarża, lecz leczy swoim spojrzeniem. O północy, podczas Eucharystii sprawowanej pod przewodnictwem bp. Artura Ważnego, wybrzmiało wezwanie, by owoców nawiedzenia nie zatrzymać tylko we wspomnieniach. Mamy wrócić do naszych parafii, rodzin i wspólnot z sercem bardziej wolnym od osądzania, z większą gotowością do przebaczenia i z odwagą budowania Kościoła, który będzie dla człowieka bezpiecznym domem pełnym miłości i nadziei.

– Nie bójcie się przyszłości. Przeszliśmy przez ciemne doliny, przez medialne burze i chwile wielkiego osamotnienia, ale dzisiaj stoimy tutaj, przytuleni do serca Matki – mówił bp Artur Ważny. Poniżej publikujemy pełny tekst homilii bp. Artura Ważnego wygłoszonej podczas Mszy Świętej sprawowanej w czasie diecezjalnego czuwania na Jasnej Górze.


Drodzy Pielgrzymi z naszej ukochanej diecezji sosnowieckiej
.

Jesteśmy na Jasnej Górze, w domu Matki, by przynieść Jej diecezjalne dziękczynienie. Przez ostatnie miesiące Ta, na którą teraz patrzymy, schodziła z tego tronu i w znaku Kopi Cudownego Obrazu wędrowała po drogach naszej codzienności. Wchodziła w korytarze naszych parafii w Sosnowcu, Będzinie, Jaworznie, Olkuszu, Czeladzi, Wolbromiu i Dąbrowie Górniczej. Zdejmowała buty w przedpokojach naszych domów, siadała w ławkach naszego zmęczenia i lęku.

Przynosimy dzisiaj tutaj, przed Jej oblicze, całą historię tej peregrynacji – tysiące wylanych łez, momenty cichych spowiedzi po wielu latach, uściski dłoni na progach kościołów i te wszystkie chwile, kiedy pod Jej bolesnym, ale pełnym miłości wzrokiem, pękały lodowate mury w naszych rodzinach. Przychodzimy jako diecezja, która tak bardzo potrzebowała i nadal potrzebuje Matczynego przytulenia, zaopiekowania i uleczenia ran, które kłują nas pod naszym sercami.

Słyszymy dziś Ewangelię według świętego Mateusza. Jezus na progu rozważań o relacjach międzyludzkich stawia przed nami wymagające, radykalne Słowo o sądzeniu, drzazdze i belce w oku. Mogłoby się wydawać, że na radosny dzień dziękczynienia to Słowo jest zbyt surowe, za trudne. Nic bardziej mylnego. To Słowo to genialna, precyzyjna recepta na to, jak nie zmarnować owoców nawiedzenia Matki Bożej. Ona, która doskonale zrealizowała to Słowo w swoim życiu, stoi tu dzisiaj przy nas jako Mama, która rozumie nasze połamane losy i uczy nas nowej struktury relacji.

Spojrzenie, które leczy, a nie rani

„Nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. Bo takim sądem, jakim sądzicie, i was osądzą”. (Mt 7, 1-2a)

Nasza diecezjalna rzeczywistość w ostatnich latach bywała poddawana bezwzględnym ocenom. Jakże łatwo przychodzi światu, mediom, a czasem nam samym nawzajem, szufladkować człowieka, stawiać na nim kreskę, zamykać w izolatce jego błędów i grzechów. Jezus używa tu greckiego słowa, które oznacza nie tylko zwykłą ocenę, ale wejście w rolę sędziego, ogłoszenie nad kimś decydującego wyroku. Kto bezustannie sądzi i tropi potknięcia innych, ten sam buduje wokół siebie emocjonalną pustynię.

Maryja jest Tą, która nigdy nikogo nie osądziła. Pomyślmy o Jej milczeniu, gdy stała pod Krzyżem. Widziała apostołów, którzy uciekli, Piotra, który się zaparł, żołnierzy, którzy pluli na Jej Syna. W Jej sercu nie było jednak jadu, chęci odwetu ani potępienia. Ona zachowywała te sprawy w swoim sercu, filtrując je przez Boże miłosierdzie. Spójrzcie na Jej Ikonę – na Jej twarzy są rysy, rany zadane cięciem szabel. Matka Boża nosi na sobie ślady ludzkiej agresji i sądu, a mimo to Jej oczy nie oskarżają. Jej wzrok leczy, zaprasza do powrotu, nie zatrzaskuje drzwi.

Jeden ze świętych teologów pisał alegorycznie, że człowiek, który osądza swojego brata, jest jak ktoś, kto zauważywszy pożar w domu bliźniego, zamiast nosić wodę, zaczyna podpalać własny dom nienawiścią. Ojcowie Kościoła widzieli w Maryi „Sanktuarium Ciszy”, w którym ludzkie grzechy nie spotykają się z wyrokiem, ale z bolesnym, pełnym współczucia orędownictwem.

Przeżywamy tę prawdę na początku każdej Eucharystii w Akcie Pokuty. Kiedy bijemy się w piersi, mówiąc: „moja wina”. Liturgia uczy nas odwracania wzroku od grzechów sąsiada stojącego obok w ławce. Nie bijemy się w cudze piersi. Stajemy przed Bogiem w bolesnej prawdzie naszego życia, bezbronni, uznając, że jedynym sprawiedliwym Sędzią jest Chrystus, który zamiast wyroku daje nam swoje ukrzyżowane i uwielbione Ciało, w którego ranach znajdujemy usprawiedliwienie, wołając: „Panie, zmiłuj się nad nami”.

Miara, która rozsadza nasze kalkulacje

„I tą samą miarą, którą wy mierzycie, wam odmierzą”. (Mt 6, 2b)

Nasze codzienne relacje w rodzinach, sąsiedztwach czy wspólnotach parafialnych bywają często przesiąknięte aptekarską kalkulacją. Mierzymy szacunek za szacunek, uśmiech za uśmiech, pomoc za pomoc. „Pomogę mu, ale tylko tyle, ile on pomógł mi w zeszłym roku”. „Odpiszę na wiadomość, ale dopóki on nie przeprosi, nie wykonam pierwszego kroku”. Taka zarządzana miłość zamienia nasze życie w chłodny kontrakt handlowy.

Jezus ostrzega: jeśli Twoja miara wobec drugiego jest skąpa i wyliczona, zamkniesz swoje serce na bezmiar Bożego błogosławieństwa.

W starożytnym świecie biblijnym pojęcie miary (metron) odnosiło się do targu, gdzie uczciwy, hojny sprzedawca sypał ziarno do naczynia kupującego nie tylko do krawędzi, ale potrząsał nim i pozwalał, by sypało się przez brzegi. Maryja jest Mistrzynią takiej właśnie, przesadnej, ewangelicznej miary. Pomyślmy o Kanie Galilejskiej. Kiedy zabrakło wina, Ona nie wyliczała, ile litrów wystarczy, by goście nie odczuli wstydu. Przez Jej wstawiennictwo Jezus zamienia wodę w blisko sześćset czy siedemset litrów najlepszego wina!

To jest miara Maryi – nadobfitość, darmowość, rozrzutność w czynieniu dobra. Peregrynacja w naszej diecezji była właśnie takim darmowym strumieniem wina łaski, wylanym na nasze wysuszone serca.

Ojcowie Kościoła nazywali Maryję „Akweduktem Łaski” (Aqueductus gratiae), który bierze pełnię ze źródła bóstwa i wylewa ją na ziemię bez żadnych ograniczeń. Podkreślali, że Matka Boża nie zna pojęcia skąpstwa – Ona odmierza nam miłosierdzie miarą swojego Niepokalanego Serca, które nie potrafi kochać połowicznie.

Doświadczamy tej nadobfitości podczas Liturgii Eucharystycznej w znaku napełniania kielicha. Kapłan wlewa wino i kroplę wody, a w wielu tradycjach liturgicznych ten kielich jest symbolem obfitości, o której mówi Psalm 23: „Mój kielich (przeobfity) przelewa się”. Bóg nie wydziela nam łaski na krople, On daje nam się cały, bez reszty, zapraszając, byśmy z tą samą hojnością odeszli od ołtarza do naszych sióstr i braci.

Wolność od projekcji własnego bólu

„Czemu to widzisz drzazgę w oku swego brata, a belki we własnym oku nie dostrzegasz?”. (Mt 7, 3)

Jezus posługuje się tu genialną, humorystyczną hiperbolą. Wyobraźcie sobie człowieka, który ma w oku potężną, drewnianą belkę konstrukcyjną, podtrzymującą dach domu, i z tą belką próbuje z aptekarską precyzją wyjmować małą, mikroskopijną drzazgę z oka swojego sąsiada. Ta belka to nasz własny, nieprzepracowany ból, to nasze nieuzdrowione rany, nasz egoizm, pycha czy zazdrość. Kiedy nosimy w sercu taką belkę, nasz wzrok staje się całkowicie zniekształcony. Zaczynamy projektować swoje własne wady i frustracje na ludzi wokół nas – krytykujemy współmałżonka, księży, szefa w pracy, nie widząc, że problem tkwi w ślepocie naszego własnego serca.

W tradycji biblijnej oko jest zwierciadłem duszy. Jeśli oko jest zdrowe, całe ciało jest w świetle. Maryja jest Niepokalanie Poczęta – to oznacza, że Jej wewnętrzne zwierciadło nigdy nie zostało przesłonięte nawet najmniejszą belką grzechu czy samolubstwa. Dzięki temu Maryja ma idealny, czysty wzrok. Patrzyła na nas i widziała naszą najgłębszą godność, a nie nasze upadki. W Kanie nie powiedziała złośliwie: „Zobacz, jak fatalnie zorganizowali to wesele, nie potrafili nawet policzyć zapasów”. Ona zobaczyła ich zakłopotanie i rzuciła im koło ratunkowe. Peregrynacja Jej Ikony była po to, byśmy w odbiciu Jej czystych oczu zobaczyli nasze własne belki, byśmy razem z Nią chcieli je usuwać z naszych oczu, powoli rozjaśniając nasz wzrok.

Święty Efrem w hymnach o Maryi pisał, że Ona jest „Czystym Zwierciadłem”, w którym nie ma żadnej skazy ani pyłu pychy. Kiedy człowiek zbliża się do Maryi, Ona nie wyciąga palca, by pokazać jego błędy, ale staje przed nim tak blisko, że człowiek w Jej Sercu widzi swój własny, prawdziwy obraz i zaczyna płakać nad swoją ślepotą.

Ta dynamika oczyszczania wzroku dokonuje się w Liturgii Słowa. Kiedy w kościele wybrzmiewa Słowo Boże, ono nie jest czytane po to, byśmy myśleli: „O, to idealne czytanie dla mojego sąsiada, szkoda, że go nie ma, może by się opamiętał”. To Słowo to miecz obosieczny, który przeniknąć ma moje serce. To jest moment, w którym Bóg przykłada światło do mojej belki, bym ją zobaczył, z Jego pomocą ją wyciągnął i przejrzał.

Od własnego oczyszczenia do braterskiej komunii

„Obłudniku, wyrzuć najpierw belkę ze swego oka, a wtedy przejrzysz, ażeby usunąć drzazgę z oka twego brata”. (Mt 7, 5)

Jezus nie mówi, że mamy być obojętni na błędy naszych braci. On nie promuje relatywizmu ani fałszywej tolerancji, która milczy w obliczu zła. Ewangelia wzywa nas do braterskiego upomnienia, ale pokazuje rygorystyczną kolejność działań. Nie możesz być chirurgiem oka u drugiego człowieka, jeśli sam jesteś niewidomy.

Taka operacja skończy się tragedią i jeszcze większym poranieniem relacji. Jeśli chcesz pomóc koledze, dziecku czy kapłanowi wyjść z jego słabości, musisz najpierw sam uklęknąć przed Bogiem, pozwolić Mu uleczyć swoje serce, a wtedy zyskasz niesamowitą, pełną delikatności mądrość, która nie niszczy człowieka, ale go podnosi.

Jezus używa tu mocnego słowa hypokrita – aktor sceniczny, obłudnik. Człowiek, który gra rolę doskonałego przewodnika, ukrywając własne pęknięcia. Maryja nigdy nie grała roli. Była doskonale autentyczna. Po Zmartwychwstaniu Chrystusa odnajdujemy Ją w Wieczerniku. Siedzi tam z Apostołami – z Piotrem, który wciąż nosił w sercu bolesną drzazgę potrójnego zaparcia, z pozostałymi, którzy uciekli w Ogrodzie Oliwnym. Maryja nie urządza im wyrzutów sumienia, nie robi wykładów o wierności. Ona w Wieczerniku trwa z nimi na modlitwie, pomagając im otworzyć się na Ducha Świętego, który jako jedyny może usunąć wszelkie belki i drzazgi z ich serc. Ona jest architektem kościelnej komunii.

Święty Augustyn pisał, że braterskie upomnienie musi wypływać z miłości, a nie z chęci zemsty. „Zanim zaczniesz ganić kogoś za jego grzech, zbadaj swoje serce, czy czynisz to z miłości do niego, czy z pychy, by poczuć się lepszym. Jeśli nie masz w sobie łez nad własnymi grzechami, twoje upomnienie będzie trucizną, a nie lekarstwem”. Maryja uczy tej właśnie, pełnej łez i miłosierdzia pedagogiki.

Doświadczamy tego momentu uzdrowienia przed samą Komunią. Zanim wyciągniemy rękę w kierunku ołtarza, by przyjąć Ciało Chrystusa, kapłan wzywa nas: „Przekażcie sobie znak pokoju”. Ten gest to liturgiczne potwierdzenie, że wyrzuciliśmy ze swoich oczu belki uprzedzeń i podziałów, by móc jako jedno Ciało zasiąść do Pańskiego Stołu. Bez tego pokoju Komunia staje się fikcją.

Bracia i Siostry z naszej sosnowieckiej winnicy,

Stojąc tutaj, pod czujnym i miłosiernym wzrokiem naszej Jasnogórskiej Mamy, zróbmy dzisiaj ten jeden, następny krok naprzód. Najlepszym, najpiękniejszym i najbardziej trwałym pomnikiem, jaki możemy Jej wznieść w podzięce za peregrynację, nie będą złote korony czy marmurowe tablice pamiątkowe. Tym pomnikiem ma być nasza nowa, ewangeliczna codzienność w diecezji.

Zabierzmy stąd, z tego świętego Szczytu, te jasnogórskie drogowskazy odczytane w dzisiejszym Słowie Bożym:

Zrezygnujmy z niszczących sądów i zacznijmy patrzeć na siebie wzrokiem, który leczy i daje szansę na powrót. Odrzućmy aptekarskie kalkulacje w miłości – odmierzajmy naszym bliźnim hojną, nadobfitą miarą przebaczenia, tak jak Maryja w Kanie. Miejmy odwagę badać własne serce i prosić o usunięcie belek naszych osobistych frustracji, byśmy zyskali czyste i jasne spojrzenie na drugiego człowieka. Bądźmy narzędziami miłości – budujmy w naszych parafiach i domach bezpieczne przestrzenie Wieczernika, gdzie nie ma obłudy, ale jest autentyczne pragnienie jedności.

Kochani diecezjanie! Nie bójcie się przyszłości! Przeszliśmy przez ciemne doliny, przez medialne burze i chwile wielkiego osamotnienia, ale dzisiaj stoimy tutaj, przytuleni do serca Matki. Jesteśmy nieskończenie kochani przez Boga Ojca, a Maryja doskonale rozumie każdy nasz niepokój, każdy ból i każde pęknięcie.

Duch Święty, którego tchnienie na nowo obudziło się w nas podczas tego nawiedzenia, poprowadzi nas ku pięknej, solidarnej i świętej wspólnocie, podążającej razem synodalnym szlakiem.

Wyjdźmy stąd z podniesioną głową, wolni od lęku, z twarzami rozjaśnionymi blaskiem Jej obecności. Idźmy na drogi naszej sosnowieckiej codzienności i budujmy Kościół, który będzie dla każdego człowieka bezpiecznym domem pełnym miłości i nadziei.

bp Artur Ważny