Czasem gra w gry komputerowe. Jeździ na rowerze. Z gotowania najpewniej wychodzi mu jajecznica. Kilka miesięcy temu został księdzem. Ks. Jakub Ożarowski mówi o kapłaństwie bez pomnikowego tonu. O spowiedzi – o chwili, w której przychodzi człowiek z pogmatwaną historią, a on widzi, że Bóg naprawdę potrafi posłużyć się jego słowami i posługą. Ale mówi również o czymś znacznie mniej efektownym: o pilnowaniu własnej relacji z Bogiem, o niebezpieczeństwie aktywizmu i o tym, że można robić bardzo wiele dobrych rzeczy, a jednak po drodze zgubić źródło. Rozmawiamy więc nie tylko o pierwszych miesiącach po święceniach. Także o kryzysach, które nie zawsze znaczą, że człowiek pomylił drogę, o wątpliwościach potrzebnych do dojrzewania i o powołaniu, którego nie wybiera się raz na zawsze. – Pan Bóg chciał się ze mną podzielić swoim darem, żeby ten dar służył innym – mówi.A potem dodaje zdanie, które zostaje na dłużej: raz wybrałem. I muszę wybierać codziennie.
Rozmawia Dominika Bem
Z perspektywy tych pierwszych miesięcy po święceniach – co jest najpiękniejszego w kapłaństwie? Co Księdza najbardziej zaskoczyło?
Myślę, że najpiękniejsze jest odkrywanie, jak Pan Bóg chce się mną posługiwać. I że naprawdę przeze mnie działa. Widzę to szczególnie wtedy, kiedy sprawuję sakramenty. Oczywiście w czasie celebrowania Eucharystii, ale chyba najmocniej dostrzegam to w sakramencie pokuty. Kiedy przychodzi ktoś z bardzo pogmatwaną historią i wtedy można zobaczyć, jak Pan Bóg przez ten sakrament, przez tę posługę działa. To jest piękne, kiedy można niemal namacalnie to obserwować. I chyba właśnie tego cały czas się uczę: że Pan Bóg chce się mną posługiwać. Że chciał się ze mną podzielić swoim darem po to, żeby ten dar służył innym. Że rzeczywiście mogę być Jego narzędziem.
Potwierdza Ksiądz zdanie, które bardzo lubię: tam, gdzie ludzie się spowiadają, tam jest Kościół. Sakrament pokuty jest chyba ciągle trochę niedoceniony. Skoro jednak zapytałam o to, co w kapłaństwie najpiękniejsze, to teraz odwrotnie: co z perspektywy czasu od święceń okazuje się najtrudniejsze?
Dla mnie osobiście najtrudniejsze jest to, żeby w tym wszystkim nie zgubić swojej tożsamości. Ksiądz jest powołany do tego, żeby być dla innych, służyć innym. Ale to tylko jedna strona. Druga jest taka, że kapłan jest dla Boga. To przez Niego został powołany i wybrany. Widzę, że muszę bardzo pilnować tego, żeby w służeniu, w zaangażowaniu, w tych wszystkich rzeczach, które trzeba zrobić, nie zgubić swojej relacji z Bogiem.
Skoro mówi Ksiądz, że kapłan jest dla Boga, to czy można własne powołanie ominąć? Tak długo je zagłuszać, aż właściwie stanie się martwe?
Można. Jest taka pokusa, żeby wpaść w nieustanny aktywizm: działam, robię, angażuję się. I samo w sobie to może być dobre. Tylko że przestaje być skuteczne, kiedy odcinam się od Tego, który ostatecznie posyła mnie do misji. Bo to Bóg, Duch Święty, mnie posyła. Jeśli zaniedbam relację z Bogiem, zacznę odcinać się od źródła – przez zmęczenie, rutynę, inne sprawy, które mnie angażują – to przypomina to trochę próbę jazdy samochodem bez paliwa. Przez jakiś czas może jeszcze pojedzie. Ale w pewnym momencie się zatrzyma.
No właśnie: zatrzyma się – i co wtedy? Przypomniał mi się początek „Dzienniczka” św. Siostry Faustyny. Ona wiedziała, że ma być zakonnicą, ale próbowała od tego uciekać. Napisała o zabawie, ładnych strojach, o próbie ułożenia sobie życia inaczej. Tyle że pustka nie znikała. Jeśli więc człowiek rozpozna swoje powołanie, a później je porzuci, zagłuszy je tysiącem innych zajęć i zacznie oddalać się od Boga – może w takim życiu być naprawdę szczęśliwy? Czy zawsze zostanie w pewnym niedosycie?
Wierzę, że kiedy Pan Bóg daje człowiekowi powołanie, to właśnie w tym miejscu przygotował dla niego swoją łaskę i miłość. I że na tej drodze człowiek może osiągnąć pełne szczęście. Jeżeli od tego powołania ucieka, to jakąś formę szczęścia pewnie znajdzie. Tylko może mu ciągle czegoś brakować. Człowiek ma w sobie głód miłości, głębokie pragnienie bycia kochanym. I ostatecznie ten głód może zostać zaspokojony tylko przez Pana Boga. Wszystkie inne rzeczy, którymi próbujemy wypełnić swoje wnętrze, są w jakimś sensie substytutem. Próbujemy się nimi nakarmić, ale one nie są w stanie dać tego samego.
A czym jest łaska rozeznania? I czy w ogóle da się rozeznać tak dobrze, żeby człowiek już nigdy nie miał żadnych wątpliwości? Zastanawiam się, jak było u Księdza: jedna wątpliwość przez całe seminarium? Piętnaście razy myśl o rezygnacji? A może czterdzieści pięć razy trzeba było sobie na nowo odpowiedzieć, czy to naprawdę jest moja droga? Czy kleryk dostaje na początku jakąś szczególną pewność: wiem i koniec?
Osobiście uważam, że kryzys i wątpliwości są czymś niezbędnym w powołaniu. Są potrzebne w dobrym rozeznaniu. Jeżeli ktoś już na początku ma całkowitą pewność: „tak, na sto procent, jestem powołany”, to istnieje ryzyko, że nie podchodzi do sprawy wystarczająco poważnie. Jeżeli powołanie traktujemy serio – czy będzie to powołanie do kapłaństwa, małżeństwa czy życia konsekrowanego – zawsze w pewnym momencie pojawią się pytania: czy to nie jest tylko mój pomysł? Czy ja sobie tego nie wymyśliłem? Czy naprawdę Pan Bóg mnie powołuje? Czy sobie poradzę? Wątpliwość jest potrzebna. Nie trzeba się jej bać. Podobnie z kryzysem. Sama sytuacja kryzysowa jeszcze nie świadczy o niczym złym. Ona może być okazją, żeby na nowo przyjrzeć się temu, co mną kieruje.
Czyli kryzys nie musi oznaczać: pomyliłem drogę?
Nie. Może sprawić, że człowiek zobaczy, że jego dotychczasowa motywacja była np. zbyt płytka, niewystarczająca. Ale jeśli człowiek otworzy się na Bożą łaskę, to Pan Bóg może dać mu nową motywację do jego powołania. Nie ukrywam, że ja również w seminarium miałem momenty kryzysu i swoje wątpliwości. To były trudne chwile. Ale dzisiaj widzę, że były mi potrzebne. Że właśnie wtedy Pan Bóg mógł dać mi nową motywację, nową świeżość, a ostatecznie także pewność drogi, którą wybrałem.
Czy to właśnie można odnieść do każdego powołania – także małżeńskiego? Mówi się przecież, że miłość jest decyzją. Czy z powołaniem jest podobnie: kiedy już odkryję, że to jest moja droga, pozostaje decyzja, że przy niej trwam?
Tak. Jeżeli odkryję, że to jest moja droga, to powołanie staje się decyzją. Miłość jest decyzją. Powołanie również. Decyduję się w nim trwać. Nie szukając cały czas alternatywy, nie zostawiając sobie wyjścia awaryjnego. Wybrałem. I tak jak Pan Bóg mnie powołuje i nie odwołuje swojego powołania, tak po mojej stronie pozostaje odpowiedź. Raz wybrałem. I muszę wybierać codziennie.
Tegoroczna rekrutacja do Wyższego Międzydiecezjalnego Seminarium Duchownego w Częstochowie jeszcze się nie skończyła. Druga tura odbędzie się 11–12 września 2026 roku. Kandydaci z diecezji sosnowieckiej powinni wcześniej umówić się na indywidualną rozmowę z ks. Andrzejem Nackowskim: 519 512 821. Bo może najważniejsze pytanie nie brzmi: „czy jestem już pewien?”. Może brzmi inaczej: czy jest we mnie myśl o kapłaństwie, która nie chce odejść?
fot. Jarosław Olesiński



