W Niedzielę Dobrego Pasterza wracamy do jednego z najbardziej znanych obrazów Ewangelii. Tak znanego, że łatwo go uprościć. A przecież Dobry Pasterz nie jest „dobrym człowiekiem”, który robi dobre rzeczy. Jest Kimś, kto oddaje życie. O tym, co naprawdę kryje się za tym obrazem, mówi ks. Andrzej Nackowski, wicerektor Wyższego Międzydiecezjalnego Seminarium Duchownego w Częstochowie. W wolnych chwilach gra w planszówki, słucha poezji śpiewanej i lubi czarny humor. A kiedy mówi o kapłaństwie, nie opowiada o idei, ale o rzeczywistości, która definiuje jego życie.
Rozmawia Dominika Bem.
– Niedziela Dobrego Pasterza. To obraz, który wszyscy znamy. Ale czy on jeszcze cokolwiek w nas uruchamia?
– Myślę, że przemawia, jeśli dobrze zrozumiemy, kim jest Dobry Pasterz. Bo kiedy patrzymy na to z zewnątrz, wydaje się, że chodzi po prostu o dobroć. Każdy człowiek lubi ludzi dobrych. Lubimy dobro, bo ono się nam narzuca i sami chcemy uchodzić za dobrych. Widać to choćby wtedy, gdy różne organizacje bardzo mocno akcentują swoją dobroć i próbują nas do niej zaprosić. Natomiast kiedy patrzymy na Jezusa, widzimy coś innego. On nie definiuje się wyłącznie przez to, że czyni dobro. Owszem, robi wiele dobrych rzeczy – karmi, uzdrawia, wskrzesza – ale to nie jest istota. On sam mówi: „Dobry pasterz oddaje życie za owce”. I to jest klucz. Bo nagle okazuje się, że nie chodzi o dobro w sensie działania, tylko o oddanie siebie. I to bardzo mocno przemawia, bo my w swoim doświadczeniu często zawodzimy się na ludzkim dobru. Ktoś robi coś dobrego, ale po to, żeby coś zyskać. Natomiast Chrystus nie robi nic po to, żeby coś uzyskać. On oddaje życie i tym się definiuje. Dlatego ten obraz jest tak mocny, bo pokazuje bezinteresowność Boga, który kocha i daje wszystko.
– Czyli największym problemem nie jest brak dobra, tylko to, że nie umiemy przyjąć miłości?
– Bardzo trudno ją przyjąć. I to jest zawsze pytanie osobiste: czy ja jestem w stanie przyjąć to, co daje mi Bóg? Bo nie da się odpowiedzieć za wszystkich. Ostatecznie wszystko opiera się na tym, jaki mam obraz Boga. Jeśli widzę Go jako Tego, który jest miłością, i tego doświadczyłem, wtedy jestem w stanie przyjąć wszystko. To jest trochę jak z cukierkami. Nie od każdego przyjmiemy. Jeśli ktoś obcy chce coś dać, pojawia się lęk. Ale jeśli daje ktoś, kogo znamy i kochamy, przyjmujemy bez wahania, bo znamy jego serce. I dokładnie tak jest z Bogiem. Tylko wtedy przyjmujemy Jego dar, kiedy poznajemy Jego serce. Wtedy widzimy, że nie ma w tym żadnego podstępu, tylko czysta, bezinteresowna miłość.
– Niedziela Dobrego Pasterza to także modlitwa o powołania. A jednocześnie ciągle słyszymy słowo „kryzys”. On występuje?
– To zależy, z jakiej perspektywy patrzymy. Bo my bardzo często diagnozujemy Kościół przez liczby – ilu księży, ile powołań – porównujemy się z przeszłością i z naszymi oczekiwaniami. Natomiast z perspektywy wiary trzeba by zapytać, co jest w sercu Boga. Bo o kryzysie można mówić wtedy, kiedy Bóg powołuje, a człowiek to zaproszenie odrzuca. Natomiast jeśli Bóg powołuje w takiej mierze, jaką sam uznaje za potrzebną, to trudno jednoznacznie mówić o kryzysie. My nie znamy tej miary, dlatego trzeba być bardzo ostrożnym.
– Czyli mówiąc o kryzysie, możemy bardziej odsłaniać siebie niż rzeczywistość?
– W pewnym sensie tak. Bo patrzymy po ludzku i bardzo łatwo ulegamy liczbom. Wydaje nam się, że sukces to duża liczba powołań. A przecież nie wiemy, jaka jest miara Bożego działania. Może się zdarzyć, że pojawi się więcej powołań i uznamy to za sukces, a może się okazać, że odpowiedź ludzi jest i tak mniejsza niż Boże zaproszenie. Tego nie jesteśmy w stanie ocenić. Kiedyś przyglądałem się temu od strony liczb i wyszło coś bardzo ciekawego. Dziś, w przeliczeniu na wiernych uczestniczących w niedzielnej Eucharystii, mamy więcej kapłanów niż w momencie powstania diecezji. A przecież tamten czas wydaje się czasem wielu powołań. To pokazuje, że Dobry Pasterz naprawdę troszczy się o swoją owczarnię.
– A księdza powołanie? To był jeden moment czy raczej droga?
– Lubię mówić o tym jako o „godzinie dziesiątej”. W Ewangelii uczniowie zapamiętali moment spotkania z Jezusem aż do godziny. Tak bardzo ich to dotknęło. U mnie to nie był jeden moment. To był proces. Byłem blisko Kościoła – w liturgicznej służbie ołtarza, w Ruchu Światło-Życie – i gdzieś słyszałem ten głos. Bardzo chciałem mieć pewność, że to nie jest tylko moje wyobrażenie, nawet marzyłem, że pojawi się jakiś jednoznaczny znak. Ale tak się nie stało. To było raczej stałe pragnienie. I moment decyzji. Kiedy powiedziałem „idę”, pojawił się pokój. I ten pokój był dla mnie potwierdzeniem, że to jest ta droga.
– Jak nie zgubić takiego powołania na początku, kiedy ono dopiero się rodzi?
– Najważniejsze, żeby nie zostawiać człowieka samego. Decyzję trzeba wspierać, ale nie przez potwierdzanie, tylko przez pomoc w rozeznawaniu. Dlatego tak ważna jest rozmowa z kimś, kto ma doświadczenie drogi duchowej – kierownikiem duchowym, spowiednikiem. Bo nasze doświadczenie Boga może być prawdziwe, ale może też być pomieszane z naszymi lękami czy wyobrażeniami. Ktoś z zewnątrz pomaga to uporządkować i zobaczyć, co jest naprawdę od Boga.
– A co dzieje się później, już w seminarium?
– Przede wszystkim towarzyszenie. Bardzo bliska relacja z ojcem duchownym przez całe sześć lat. Ale jest też drugi wymiar, bardziej ludzki – przełożeni pomagają zobaczyć swoje predyspozycje, to, nad czym trzeba pracować. I bardzo ważne jest to, żeby człowiek nie stracił siebie. Bo wielu młodych boi się, że Bóg coś im zabierze – talenty, pasje, marzenia. Tymczasem Bóg powołuje człowieka razem z tym wszystkim, nie po to, żeby to przekreślić, ale żeby to stało się częścią jego kapłaństwa. Powołanie nie niszczy osoby, tylko ją wypełnia.
– Jak patrzeć na odejścia z kapłaństwa, które dziś są szeroko komentowane?
– Trzeba bardzo uważać. Po pierwsze, rezygnacji nie można tłumaczyć odpowiedzialnością za Kościół. Prawdziwa odpowiedzialność zakłada pracę nad sobą i wytrwałą drogę do świętości. Po drugie, powołanie rodzi się w intymności z Bogiem i grzech też się tam dokonuje. To jest przestrzeń bardzo delikatna. Dlatego publiczne ocenianie czyjegoś odejścia może być nadużyciem tej intymności i może utrudnić komuś powrót. A przecież zawsze chodzi o to, żeby człowiek mógł wrócić wtedy, gdy tylko jest to możliwe.
– Jak jednym zdaniem powiedzieć, jak to jest być dziś księdzem?
– Pięknie. Kocham kapłaństwo, kocham Kościół i nie zamieniłbym tego na nic. Czuję, że jestem na swoim miejscu i że realizuję to, co zostało mi dane.



