Na początku był Joachim… Dlaczego właściwie Joachim?

„Dlaczego właściwie Joachim?” To pytanie pojawia się regularnie. Bo święty Joachim nie należy dziś do najbardziej „oczywistych” patronów parafii. Święty Antoni? Jasne. Święty Franciszek? Oczywiście. Ale Joachim? Tu większość ludzi na chwilę się zatrzymuje i zaczyna gorączkowo przypominać sobie, kim on właściwie był. A przecież chodzi o patrona jednej z najstarszych parafii na terenie dzisiejszego Sosnowca.

I co ciekawe – wezwanie świętego Joachima jest w Polsce naprawdę rzadkie. Istnieją zaledwie dwie parafie pod tym wezwaniem. Zagórze jest jedną z nich. To już samo w sobie brzmi trochę jak początek historycznej zagadki.

Figura św. Joachima w ołtarzu głównym obecnego kościoła, autorstwa Warsztatu Walentego Wisza.

Na początku jednak żadnego Joachima nie było. Kościół w Niwce nosił wezwanie świętego Józefa. Dopiero kiedy parafię przeniesiono do Zagórza w 1850 roku pojawił się nowy patron. I nie był to wybór przypadkowy ani wyłącznie pobożny. Za tym patronatem kryła się polityka, historia i całkiem sprytny patriotyzm.

Trzeba pamiętać, że był to czas po powstaniu listopadowym. Władze zaborcze bardzo uważnie patrzyły na wszystko, co mogło budzić polskie skojarzenia narodowe. Kościół pod wezwaniem świętego Stanisława albo Wojciecha? To mogło wyglądać podejrzanie. Matka Boża Królowa Polski? Jeszcze gorzej. Ale Joachim? Starszy, spokojny święty z Ewangelii i apokryfów, ojciec Maryi, dziadek Pana Jezusa. Brzmi zupełnie niegroźnie.

A jednak właśnie w tym tkwi cały sekret.

Kilka dziesięcioleci wcześniej papież Benedykt XIV, breve Catholica Ecclesia z 29 stycznia 1751 roku, ustanowił świętego Joachima głównym patronem Królestwa Polskiego. Dzisiaj prawie nikt już o tym nie pamięta, ale w XVIII i XIX wieku ten patronat był bardzo czytelny. Szczególnie dla środowiska krakowskiego. Kapituła krakowska wracała wtedy do idei patronatu świętego Józefa i Joachima nad Polską. Właśnie wtedy zamówiono u Rafała Hadziewicza obraz świętego Joachima dla katedry wawelskiej.

Św. Joachim – obraz autorstwa Rafała Hadziewicza w kaplicy Konarskiego w Katedrze Wawelskiej w Krakowie. Źródło: Wikimedia Commons.

I tutaj do historii wchodzi hrabina Jadwiga Miroszewska.

To ona fundowała nowy kościół w Zagórzu. I wszystko wskazuje na to, że świadomie nawiązała do tej właśnie krakowskiej idei. Nowa świątynia nie otrzymała wezwania świętej Jadwigi, choć fundatorka spokojnie mogła pójść w tę stronę. Zamiast tego pojawił się Joachim. Patron dyskretny, ale bardzo „polski”. Taki, którego zaborca raczej nie odczyta jako manifestu patriotycznego, ale który dla Polaków był całkiem czytelnym symbolem.

Dlatego do głównego ołtarza trafił obraz świętego Joachima namalowany przez Józefa Cholewicza jako kopia wawelskiego obrazu Hadziewicza. I nagle okazuje się, że Zagórze zaczyna prowadzić bardzo ciekawy dialog z Krakowem.

Obraz św. Joachima autorstwa Józefa Cholewicza z ołtarza głównego pierwszego kościoła

Ale to jeszcze nie koniec.

W bocznych ołtarzach również ukryto patriotyczne tropy. Jeden z obrazów Ukrzyżowanego był wzorowany na krucyfiksie z katedry wawelskiej. Drugi przedstawiał Matkę Bożą Niepokalaną inspirowaną wizerunkiem Matki Bożej Łaskawej – patronki Warszawy. Kraków i Warszawa spotkały się więc w jednym zagórskim kościele. I to w czasach, kiedy o Polsce nie można było mówić zbyt głośno.

Czasem patriotyzm nie miał formy sztandaru. Czasem był obrazem w bocznym ołtarzu. Albo patronem, którego większość urzędników carskich pewnie nawet nie potrafiłaby rozpoznać.

Dzisiaj świętego Joachima kojarzymy już zupełnie inaczej. Bardziej jako patrona dziadków, rodzin, ludzi starszych. W parafii mówi się o nim przede wszystkim jako o ojcu Najświętszej Maryi Panny i dziadku Pana Jezusa. Tamten dawny polityczny kontekst właściwie zanikł. Ale kiedy spojrzy się na historię uważniej, okazuje się, że nawet wezwanie kościoła potrafi opowiadać historię o nadziei. I że czasem cały patriotyczny manifest można było ukryć w jednym imieniu.

ks. Marcin Słodczyk