Nie ma jednego sposobu bycia księdzem. Jest jedna droga – dać się prowadzić

Nie zaczyna od funkcji. Ani od tytułów. Raczej od uśmiechu i zdania: „Mało czego nie robię”. Ks. Krzysztof Bendkowski – nowy Wikariusz Generalny diecezji sosnowieckiej – opowiada o sobie bez dystansu, ale z lekkością. Czyta dużo. Nie gotuje. Lubi żarty. Święci? Wielu. Święta Rita, siostra Faustyna, Jan Paweł II, święta Teresa z Lisieux. Ale szczególnie bliski jest mu święty Józef – cichy, obecny, wierny. Modlitwa? Najchętniej ta, która ma w sobie ciszę. Medytacja i kontemplacja ignacjańska, do której wraca od lat. Ale też modlitwa przez stworzenie – przez przyrodę. Dlatego często jest w górach. Nie tylko po to, żeby się pomodlić, ale też, żeby się zmęczyć. „Żeby nie być zrzędliwym” – dodaje z uśmiechem. I dopiero wtedy zaczyna się rozmowa o Kościele.

Rozmawia: Dominika Bem

Jaki jest Kościół w diecezji sosnowieckiej?

– Kościół w diecezji sosnowieckiej jest Jezusowy. Zmartwychwstały nas trzyma, prowadzi, jesteśmy w Jego rękach. Teraz mamy jeszcze taki przywilej, że przyszła do nas Maryja. I od razu nasuwa mi się tu pewna analogia do Eliasza. Po zwycięstwie nad prorokami był zniechęcony, zbity jak pies. I właśnie wtedy, na pustyni, Pan Bóg posyła mu anioła. Eliasz je, posila się i potem przez czterdzieści dni idzie do Bożej góry Horeb. Dostaje siłę i dostaje misję.

Dlaczego ksiądz przywołuje właśnie ten obraz?

– Myślę, że w jakimś sensie to jest także obraz naszej diecezji. Duża jej część miała takie doświadczenie, że niemal pięćdziesiąt lat temu przeżywała nawiedzenie Matki Bożej w jasnogórskiej ikonie – u nas było to czterdzieści sześć lat temu. To był czas po solidarnościowym zrywie, po którym przyszedł stan wojenny. Wiele się wtedy zmieniło, ale jednocześnie ludzie bardzo konkretnie budowali Kościół – także w sensie materialnym, wznosząc świątynie. Dziś przeżywamy peregrynację w naszej diecezji po raz pierwszy jako diecezja sosnowiecka, ale przecież ta ziemia zna już to doświadczenie sprzed lat. I dlatego widzę tu pewną ciągłość. Wtedy był trudny moment i był ogromny wysiłek wiary. Dziś też jesteśmy w czasie niełatwym, niespokojnym, kiedy wiele rzeczy nas niepokoi. I wierzę, że Maryja również teraz przychodzi z konkretnymi darami i umocnieniem.

Czy przez lata kapłaństwa zmieniło się księdza myślenie o tym, kim jest kapłan?

–  Tak, bardzo. Kiedy wstępowałem do seminarium w 1983 roku, sytuacja była zupełnie inna. Często słyszało się: młody, zdolny, szkoda, że idzie do seminarium. I gdzieś to rodziło takie myślenie, że człowiek robi Panu Bogu pewną łaskę, że się ofiarowuje. Dziś patrzę na to odwrotnie. To jest dla mnie łaska, dar i przywilej. To ja jestem obdarowany – i to niesłychanie obdarowany. Wciąż mnie porusza, że Pan Bóg może tak bardzo zaufać człowiekowi, tak bardzo dawać mu siebie i powierzać mu siebie. Wiele rzeczy dzieje się przecież mocą sakramentu. Jestem zachwycony tym, że Pan Bóg tak bardzo nas wybiera i że nie odwołuje swoich wyborów.

Co ksiądz ma na myśli?

– My bardzo często jesteśmy świadkami tego, że ludzie odwołują wybory, decyzje, zmieniają je, bo coś się wydarzyło. A Pan Bóg jest stały. Nawet jeśli człowiek się potknie, przewróci, to dla Niego wciąż jesteśmy tymi samymi.

Czy dziś Pan Bóg rzadziej mówi do młodych, czy raczej ten głos jest zagłuszony? Często wraca pytanie o liczbę powołań.

– Myślę, że z liczbą powołań jest wszystko w porządku. Idealnie. Skoro wszędzie jest Msza święta, można się wyspowiadać, można przyjąć sakramenty, to znaczy, że jest dobrze. Mamy nawet jeszcze pewne zapasy, bo przecież są księża, którzy nie są bezpośrednio zaangażowani w parafii jako proboszczowie czy wikariusze. Generalnie jestem głęboko przekonany, że Pan Bóg zawsze daje tyle powołań, ile potrzebujemy. W historii były przecież czasy, kiedy powołań było mało, a potem były takie, kiedy było ich bardzo dużo. To znaczy, że Pan Bóg potrzebował wtedy tych ludzi.

Czyli o wizję Kościoła za dwie dekady ksiądz nie jest całkiem spokojny?

– Mamy ducha prorockiego przez chrzest i bierzmowanie, ale ten dar nie zawsze oznacza, że jesteśmy w stanie przewidzieć, co się wydarzy. Pan Bóg bardzo często nas zaskakuje. Wiele razy wydawało mi się już, że coś nie powinno się wydarzyć, a jednak się wydarzało. Na przykład 11 września byłem niespełna 100 kilometrów od Nowego Jorku i tego dnia miałem wracać samolotem do Polski. Po śniadaniu pani gospodyni mówi mi: „Ksiądz chyba dzisiaj nie poleci, nie wiadomo, co się dzieje”. Zawaliła się pierwsza wieża. To było doświadczenie tego, że rzeczywistość może człowieka całkowicie zaskoczyć. Wjeżdżałem do Stanów, gdzie prawie nie było żadnej kontroli, a potem na lotnisku stali żołnierze. Pandemia i wiele innych rzeczy też mi pokazują, że nie wiem, co się wydarzy za dwie dekady. Być może będzie paruzja. To byłoby bardzo ciekawe.

Skoro ksiądz tego nie wyklucza, to czy widzi już jakieś znaki paruzji?

– To, co mnie uspokaja, to jeden ze znaków, o których pisze św. Paweł. Mówi o nawróceniu Izraela. I to jeszcze się nie dokonało.

Czy wobec tych pytań i niepokojów synod jest odpowiedzią na obawy o Kościół?

– Synod jest przede wszystkim sposobem słuchania tego, co Pan Bóg mówi do swojego Kościoła. A ponieważ mówi przez wszystkich nas, bo jesteśmy Jego dziećmi i jesteśmy świątynią Ducha Świętego, to próbujemy wspólnie wsłuchiwać się w to, co Pan Bóg mówi. Czasem będą to rzeczy piękne, czasem pochwały, a czasem napomnienie – tak jak w listach z Apokalipsy. Kiedy wsłuchujemy się wszyscy, jest większa szansa, że to, co usłyszymy, będzie tym, co Pan Bóg naprawdę chce nam przekazać. Gdy zostawia się to jednej osobie czy kilku osobom, jest trudniej. Chodzi o ten zmysł wiary całego Ludu Bożego.

Co to znaczy w praktyce?

– Po pierwsze, kiedy zaczynamy się modlić, Pan Bóg do nas mówi, bo zaczynamy Go słyszeć. A po drugie, stajemy się zdolni odpowiedzieć na to, co do nas mówi. I warto Go słuchać. To jest trochę jak w scenie ze św. Piotrem, kiedy Piotr mówi Jezusowi: „To nigdy na Ciebie nie przyjdzie”, a Jezus odpowiada: „Zejdź Mi z oczu”, czyli: stań za Mną i daj się poprowadzić. My często próbujemy Pana Jezusa prowadzić, wyznaczać Mu drogę. Tymczasem wspólnie możemy odkrywać, że to my mamy iść za Nim.

Skoro synod to właśnie dawanie się prowadzić, to dlaczego słowo „synodalność” budzi tyle emocji?

– Myślę, że to słowo nie budzi aż takich emocji, jak się czasem wydaje. Bardziej budzi lęk. Boimy się, że ktoś zacznie wymyślać Kościół od nowa. Że to pójdzie w stronę tego, o czym słyszymy przy okazji różnych napięć, choćby w Kościele w Niemczech. A tymczasem problem jest gdzie indziej. To jest trochę jak ze słowem „miłość”. Jedno słowo, a pod nim zupełnie różne światy. Różne znaczenia, różne treści. I stąd bierze się zamieszanie. Sama „synodalność” nie jest niczym nowym. Ona jest w Kościele od początku. Tylko my dziś na nowo próbujemy zrozumieć, co naprawdę znaczy i jak nią żyć.

Jak dziś w Kościele dbać o jedność, patrząc na różnorodność wizji i duchowości?

– W Liście do Rzymian św. Paweł daje taki obraz, z którego można wyciągnąć bardzo ważny wniosek. Jeśli w centrum postawimy Pana Jezusa, a my jesteśmy wokół Niego, w kręgu, to kiedy ja zbliżam się do Jezusa, zbliżam się także do drugiego człowieka. I to jest klucz do budowania jedności. Jeśli będziemy blisko Pana Jezusa, powstanie wielka jedność, wspaniała wspólnota. Ale w centrum musi być Jezus, a nie samo budowanie jedności. Bo wtedy zapominamy, co jest celem, a co środkiem. Jedność jest środkiem, znakiem, ale celem zawsze jest Chrystus – Jego słuchać i Jemu dać się prowadzić.

Czy ksiądz spodziewał się dekretu na Wikariusza Generalnego?

– Trochę się spodziewałem, bo ksiądz biskup wcześniej ze mną rozmawiał, ale jednocześnie nie było to czymś oczywistym.

Jak księdza zastała ta wiadomość?

– Ksiądz biskup przyjechał do mnie na kolację. Spokojnie porozmawialiśmy, u mnie, w domu, więc to była bardzo komfortowa sytuacja, nie gdzieś w biegu. Przyznam, że się tego nie spodziewałem, ale ksiądz biskup ma dar rozmowy i przekonywania. No i po prostu go lubię.

Czym ksiądz będzie się zajmował jako Wikariusz Generalny?

–– Przede wszystkim modlitwą za biskupa i zachęcaniem innych do tej modlitwy. Bardzo cieszę się, że są osoby modlące się za niego w Margaretkach – to ważne, żeby biskup był omodlony i żeby omodlony był cały Kościół. Chodzi też o zwykłą dostępność – żeby był ktoś, z kim można porozmawiać i kto w razie potrzeby przekaże sprawy dalej. A oprócz tego będę też zastępował biskupa w odpoczynku: narty, góry, rower, może pływanie i jak co roku bieg na Jasną Górę.