Za Spiżową Bramą – niezwykłe spotkanie z Magdaleną Wolińską-Riedi w Olkuszu

21.03.2026r. w Parafii pw. św. Andrzeja Ap. w Olkuszu odbyło się niezwykłe spotkanie. Tego dnia w Bazylice olkuskiej o godz. 15.00 powitano wiosnę razem z niezwykłym Gościem, przybyłym z Watykanu. To pani Magdalena Wolińska-Riedi – autorka książek, dziennikarka i reporterka, wieloletnia korespondentka zagraniczna z Watykanu, Włoch oraz obszaru Morza Śródziemnego, a także realizatorka i współproducentka ponad 20-tu filmów dokumentalnych i seriali o Watykanie oraz papiestwie.

W 2003 roku zamieszkała za Spiżową Bramą jako żona członka Gwardii Szwajcarskiej i – jako jedna z zaledwie kilkunastu świeckich kobiet – została obywatelką Watykanu, sąsiadką czterech papieży. Jest autorką wielu książek o Watykanie i o Rzymie, m.in. „Kobieta w Watykanie”, „Zdarzyło się w Watykanie” czy „Rzym od kuchni. Śladami historii najsłynniejszych dań Wiecznego Miasta”. Organizatorami spotkania byli: Bazylika w Olkuszu i Fundacja „Niewiasta Dzielna” – założona w tej olkuskiej parafii 8-go marca 2026 r. z inicjatywy kobiet biorących udział od półtora roku, przy tym kościele parafialnym, w spotkaniach pt.: „Kobieta w Boskim wydaniu”.

Spotkanie miało charakter wywiadu, który przeprowadzili z M. Wolińską-Riedi ks. Mariusz Karaś – proboszcz miejsca – i liderka Fundacji „Niewiasta Dzielna” Justyna Kondratowicz. Wśród poruszanych tematów był trudny do przewidzenia zbieg okoliczności, skutkujący zamieszkaniem w Watykanie.

– Miałam coś zanieść od kogoś z mojej rodziny z Polski do Księdza S. Dziwisza – opowiada Dziennikarka. – Ale nie dało się tak, że sobie pójdziesz i zaniesiesz, bo pełno gwardzistów dookoła i mówią, że tu się nie wchodzi. I on stał na straży. Coś „burknął”, to pomyślałam, że jak się nie da wejść to trudno. A po chwili mówi: – Poczekaj, ja sprawdzę. – I okazało się, że faktycznie czekał na mnie ten ksiądz Dziwisz. Zaprosił mnie na Mszę świętą do Ojca Świętego na następny poranek o siódmej rano do kaplicy prywatnej. A po tej Mszy św., kiedy już musiałam wyjeżdżać do Polski, on na mnie czekał – ten gwardzista – i tak przepraszał, że zrobił takie faux pas. I tak przepraszał ze dwa lata, a po tych dwóch latach poprosił o rękę. No i tak to wyszło. I powiem Państwu, to jest takim wzruszeniem, kiedy codziennie chodzę przez Plac Świętego Piotra – bo tam, dosłownie przy nim, jest siedziba katolickiej telewizji amerykańskiej, w której teraz pracuję. A odkąd mąż skończył służbę, nie mieszkamy w środku, ale 20 metrów od wejścia, dosłownie, mur Watykanu mamy wis-a-wis okna – rozświetlone okna papieża Leona mam w swoich oknach. Staram się zawsze doceniać to, co stało się moim udziałem, bez żadnej przecież zasługi, tylko tak widocznie miało być. I niesamowite jest, gdy widzę te tłumy wzruszonych osób, które pewnie kosztem jakichś wyrzeczeń jadą do Rzymu, na jakąś rocznicę, na jakieś wydarzenie, a człowiek tam idzie, wiecie, z workiem śmieci wieczorem i ma to wszystko wokół. I wyrazem wdzięczności jest to, że zdaję sobie z tego sprawę, że to jest tak niesamowite miejsce na ziemi. Nie tylko pod względem piękna, ale życie tych papieży. I to wszystko na co dzień…

Miłość i trudne chwile w Watykanie

Odnosząc się do tej wypowiedzi, ks. prob. M. Karaś zapytał m.in.: – Pani Redaktor, ponieważ też mieszkałem w Rzymie, też Rzym kojarzy mi się z Papieżami, z pięknymi zabytkami, bardzo dobrą kuchnią, ciepłym klimatem. Ale kiedy cudzoziemiec jest 1800 kilometrów od swojego rodzinnego domu, w pewnym momencie gdzieś tam pojawiają się takie chwile trudne. Czy Pani takich chwil też doświadczała, mieszkając za Spiżową Bramą, na terenie Watykanu?

– Na pewno nie było we mnie takich refleksji czy warto, w tym sensie, że wyszłam za mąż z miłości, z pragnienia założenia rodziny, więc jakby tutaj ten ośrodek życiowy przeniósł się tam. Sentyment za rodzicami był zawsze czy za spotkaniem z rodziną w szerszym gronie, czy przyjaciółki, czy coś… . Ale to wszystko wiąże się z takim sentymentem, że dobrze by było zjeść szarlotkę razem. Jednak to jest konsekwencją tego, co wtedy wybrałam. Natomiast trudno tu było trochę w kontekście samotności. Może się zdziwicie, ale weszłam za Spiżową Bramę do świata, który był totalnie surrealistyczny dla mnie. Z całą miłością do duchowieństwa – sami księża, sami biskupi, kardynałowie, papież i jego świta, siostry zakonne, bracia zakonni, którzy prowadzili aptekę watykańską krok ode mnie. Świeckich „jak na lekarstwo”. Mieszkańców jest około 400. osób… . Na przykład taką rodziną świecką, która ma prawo zamieszkania w Watykanie jest, słuchajcie, nadrzędny elektryk papieski, to znaczy człowiek, który, jak wysiądzie światło gdzieś, musi jednak być na podorędziu. Nastąpi zwarcie i on wtedy jest na miejscu. Czy Dyrektor gazety L’Osservatore Romano. Jedyną taką grupą zwartą, mocną są Papiescy Gwardziści i ewentualnie ich żony i dzieci – tych kilkunastu, którzy takie prawa mają, bo bardzo niewielu może się żenić; gdyby się każdy mógł ożenić to musieliby chyba drugi Watykan zbudować.

Wspominając swoje studia na Uniwersytecie Gregoriańskim zauważyła, że było to w tych samych latach, co ks. – doktor – Mariusz Karaś, choć nie spotkali się tam:

– Ja byłam jedną jedyną dziewczyną na roku. Tak, że przecierałam szlaki… . I urodziłam dzieci. Gdy się ma dzieci, to takie miejsce totalnie idylliczne jest tylko zaletą. Ogrody watykańskie. Szalone bezpieczeństwo we wszystkim. Każda uliczka pod obserwacją. Nic się tam nie może wydarzyć… . Ten Rzym jest gdzieś obok, ruchliwe ulice i place wokół Watykanu, a ja mam wrażenie, że mur totalnie izoluje. Byliśmy jak na innej planecie. Patrzysz na okna, Papież już śpi, a my sobie tutaj spacerujemy, cicho się mówi. Jak była jakaś impreza, to zaraz podjeżdżała policja, mówiąc, że Papież idzie spać – żeby się wyciszyć.

– Było nas dwanaście. Ja byłam dwunastą kobietą, kiedy wyszłam za mąż – odpowiada M. Wolińską-Riedi na pytanie Justyny Kondratowicz o kobiety w Watykanie. – Przez chwilę była ze mną taka druga Polka, Ania, która jak osobę niewidomą prowadziła mnie, bo ja nie wiedziałam jak się odnaleźć, gdzie się idzie i co załatwia. Ale ona szybko odeszła, bo już byli starsi stażem i jej mąż kończył służbę. Więc ja po kilku miesiącach zostałam sama jako jedyna Polka… . Poza tym różne kultury, ale to było też bardzo ciekawe językowo. Były dwie Włoszki w pewnym  momencie, i to jedna Rzymianka. Ja wtedy jej zazdrościłam, że ma rodzinę za rogiem, mamę, która jej przychodziła przy malutkich dzieciach pomóc itd. Ale generalnie to rozstrzał totalny: z Japonii, z Australii, z Ekwadoru, z Irlandii dziewczyna, że Szwajcarii były dwie itd. Więc było takie zżycie się stopniowe, coraz większe… . Natomiast trzeba pamiętać, że to był czas Jana Pawła II i ja miałam ogromny przywilej bycia w tym środowisku czysto polskim. Siostry Sercanki…, dwaj Księża Sekretarze – ks. Dziwisz i ks. Mokrzycki. Sam Papież. Ten język polski był taką linią łączącą nas. Siostry, które zawsze były takie czujne. Z wysokości apartamentu papieskiego – on był tak wyżej, na ostatnim piętrze pałacu papieskiego – podsyłały mi kawałek sernika, bo ktoś przywiózł z Krakowa. Pamiętam, na wiosnę dostawałam od Papieża konwalie. Takie proste elementy polskiej duszy, która rozumie, że się tęskni. Papież do końca tęsknił, na pewno.

Sąsiadka czterech papieży

Ks. prob. M. Karaś zauważył, że Pani Redaktor znana jest jako sąsiadka czterech papieży i że z pewnością najmilej wspomina pontyfikat Jana Pawła II. Ale: – Gdyby zechciała nam Pani zdradzić – zapytał – co jest takiego o czym my nie wiemy?

– Ja z ogromnym sentymentem wspominam lata, kiedy jeździliśmy do Castel Gandolfo, do papieskiej rezydencji letniej i tam, rzeczywiście, za Jana Pawła II i Benedykta XVI my, jako rodziny Gwardii Szwajcarskiej mieliśmy prawo i okazję być razem z Papieżem w tym samym pałacu. A ten pałac nie był taki ogromny, jak ten w Watykanie, tylko bardzo kameralny. Nie zapomnę jak w niedzielę jedliśmy obiad na podłużnym, dosyć wąskim tarasie, a Ojciec Święty po obiedzie spacerował na takim tarasie na dachu tego pałacu, wyglądał do nas, machał. Ktoś tam rzucił jakieś słowo. Rozmawialiśmy. Chociaż dla naszego Ojca Świętego te ostatnie dwa lata (od 2003 r.) były czasem coraz większego cierpienia fizycznego, to jednak ten kontakt był niezwykły. A z Benedyktem był jeszcze bliższy, bo on był właśnie sprawny. Przychodził do nas na rybę. Chłopaki Szwajcarzy niektórzy byli w ogóle kucharzami z wykształcenia, bo często są to osoby, które jakiś tam zawód już mają i decydują, że chcą wstąpić do Gwardii na dwa lata, na trzy, pięć, a czasami decydują i robią karierę przez 25 lat… . I Papież przychodził na kolację i siadał z nami. Nawiązywała się taka normalna rozmowa. Tak, że to były takie sympatyczne, normalne chwile.

Natomiast papież Franciszek ze względu na to, że nie zamieszkał w Pałacu Apostolskim, tylko w Domu Świętej Marty – słynnym, osławionym przez jego obecność – ta relacja była inna. Dotyczyła osób, które tam mieszkały – księży w zdecydowanej większości – bo to był rodzaj takiego hotelu, gdzie kilkadziesiąt osób było lokatorami. I tam mój mąż miał nieraz służbę. Nocami na przykład – taki patrol w garniturze, nie w stroju. I często było tak, że Papież już późnym wieczorem zjechał windą do kuchni w tym Domu Świętej Marty. Pierwszy raz mój mąż miał kontakt taki, że o drugiej w nocy poszedł po kawę, bo mówi: – Jak sobie nie zrobię, to przysnę. – A tu ktoś puka. Odwraca się, a tu Papież w piżamie i mówi, żeby jemu też zrobił… . Czyli taka totalna normalność. To jest życie… . I oni też są samotni, de facto jakoś tak tracą swoje stałe dotychczasowe życie, kiedy zostają wybrani. I dobrze jest się zastanowić, kiedy myślimy o konklawe i samym wyborze, i decyzji, że on to przyjmie. A potem się chowa w „Pokoju Łez” – takim maleńkim pokoju, gdzie wiszą trzy sutanny w trzech rozmiarach i musi się przebrać – i zmienia zupełnie tożsamość. Na zawsze przestaje być, tak jak nasz obecny, Robertem Prevostem i staje się Leonem – i koniec. Już sobie nie poleci American Airline do brata gdzieś, na Florydę na tydzień wakacji. Już się wszystko kończy. I oni zdają sobie z tego sprawę, ale to jest brzemię, dosyć ciężkie, które podejmują, uważając, że tak chce Duch Święty.

Książka inna niż wszystkie

Odnośnie pytania J. Kondratowicz o książkę „Zdarzyło się w Watykanie” Pani Redaktor zauważyła, że opisuje w niej przede wszystkim czasy Jana Pawła II, a stanowi ona jej wyraz wdzięczności dla niego. Wydana została na Setną Rocznicę Urodzin Papieża – w 2020r. Pragnęła napisać zupełnie inną książkę niż dotychczasowe publikacje o Janie Pawle II. Dotarła do osób, które były jej sąsiadami czy pracowały od lat w Watykanie. Gdy np. windziarz w tajemnicy Gorbaczowa wiózł do Papieża. Albo historia Massimiliano, czyli pielęgniarza, sanitariusza papieskiego, który pracował w Poliklinice Gemelli. W 2003 roku został przeniesiony do Watykanu, żeby się opiekować naszym Ojcem Świętym – i przez ostatnie dwa tygodnie jego życia był rzeczywiście już tam, w apartamencie, miał swój mały pokój, gdzie było łóżko, na którym mógł się zdrzemnąć. Generalnie dzień i noc czuwał, bo wiadomo jak było już pod koniec życia. I był tym, który stwierdził śmierć. Zrobił ostatnie EKG. I opisuje to po raz pierwszy w życiu. – To są wszystko opisy i opowieści osób, które wcześniej nigdy się nie otworzyły w ten sposób. Bardzo to jest cenne – wyjaśnia Pani Redaktor.

Zauważyła także, iż ze względu na św. Jana Pawła II do dziś „Rzym jest taki bardzo nasz. Nadal. I te tłumy przy Ołtarzu Jana Pawła, co czwartek. Tłumy, słuchajcie. Po stu księży koncelebruje, zupełnie spontanicznie.  Przychodzą do zakrystii, ubierają się za dziesięć siódma… . I zresztą jest transmisja tej Mszy świętej przecież w radio. Więc to jest niezwykle uderzające”.

*   *   *

Później obecny na spotkaniu ks. dr Antoni Mańka zadał pytanie o to, jakimi językami posługuje się rodzina Pani Magdaleny. Zauważyła, że jest tam duży rozstrzał językowy – włoski, polski, niemiecki i inne, których uczą się jej córki – nie utrudnia im to jednak komunikacji.

Na koniec ktoś zapytał o czas pandemii w Watykanie. M. Wolińska-Riedi zauważyła, że: – Na początku to w Polsce tego jeszcze w ogóle nie było, bo te pierwsze dwa tygodnie to właściwie tylko Włochy. I pamiętam, że wszyscy wyjechali. 8 marca premier zamknął Włochy. I nie można było już nigdzie się ruszyć. I ja tam zostałam, jedna właściwie tylko. Ale ta praca – intensywna – pozwoliła też przeżyć to. Bo, powiem wam, to było szaleństwo. Osiem tygodni, na przykład, rodzina w niewielkim mieszkaniu zamknięta w domu i wariowali ludzie. Nie byli w stanie sobie ze sobą poradzić i z tymi najbliższymi. A tutaj to było jakieś przeznaczenie dla mnie, dać kawałek misji dziennikarskiej.

Po spotkaniu była możliwość indywidualnego, krótkiego spotkania z Panią Magdaleną oraz zakupienia jej książek, które Autorka podpisywała w domu przy dzwonnicy, czyli w tzw. parafialnej „Przestrzeni Obecności”.

Tomasz Wilczyński