Zasłonięty krzyż. I pytanie, którego nie da się ominąć

Są takie momenty w liturgii, które potrafią zatrzymać bardziej niż kazanie. Wchodzisz do kościoła. Wszystko jest na swoim miejscu. Ławki, światło, cisza. I nagle coś się nie zgadza. Krzyż jest zasłonięty.

W V niedzielę Wielkiego Postu Kościół zasłania krzyże, bo zaczyna się czas jeszcze głębszego wejścia w tajemnicę Męki. Liturgia przestaje „pokazywać”, a zaczyna „prowadzić”.  To nie jest dekoracja. To nie jest zwyczaj dla klimatu.To jest decyzja. Kościół jakby mówi: zatrzymaj się, zanim spojrzysz na krzyż jeszcze raz. Bo może patrzymy, ale już go nie widzimy.

Zasłonięcie krzyża ma swoją historię. Dawniej w V niedzielę Wielkiego Postu rozpoczynał się tzw. okres Męki Pańskiej. W Ewangeliach Jezus „ukrywał się” przed tymi, którzy chcieli Go zabić. I właśnie ten motyw ukrycia przeniesiono do liturgii.

Krzyż zostaje zasłonięty, bo Chrystus jakby znika z pola widzenia. Zostaje napięcie. Cisza. Oczekiwanie.

Ale jest też coś jeszcze.

Kiedy przez kilka dni nie widzisz krzyża, zaczynasz za nim tęsknić.

I wtedy przychodzi Wielki Piątek.

Krzyż wraca.

Nie jako symbol.

Ale jako odpowiedź.

I nagle widzisz więcej niż wcześniej.

Bo może pierwszy raz patrzysz naprawdę.

W diecezji sosnowieckiej ten gest powtarza się w każdej parafii. Może wydaje się drobny. Może łatwo go przeoczyć. A jednak to jeden z tych znaków, które nie potrzebują wielu słów. Zasłonięty krzyż nie mówi mniej. On mówi inaczej. I zostawia pytanie:

czy naprawdę wiem, co zobaczę, kiedy znów zostanie odsłonięty?

Dominika Bem