Duch Święty nie zatrzymał się przed drzwiami Wieczernika. I dziś też się nie zatrzyma

Pięćdziesiątnica zaczęła się nie od wielkiego planu, ale od zamkniętych ludzi, którzy bali się świata. Duch Święty wszedł właśnie tam, w lęk, ciszę i zamknięcie i zamienił je w ogień. O Kościele, który nie potrzebuje dziś kolejnej religijnej strategii, ale ludzi gotowych słuchać Ducha, o synodalności rodzącej się z ciszy niż z debat i o Jezusie, który przez swoje Słowo tchnie w człowieka życiem Boga – mówi ks. Tomasz Smalcerz, Wikariusz Generalny i Kanclerz Kurii Diecezjalnej w Sosnowcu.

Rozmawia Dominika Bem.

 — Coraz częściej mam wrażenie, że problemem współczesnego chrześcijaństwa nie jest tylko odchodzenie od Jezusa, ale też to, że wielu ludzi nigdy nie nauczyło się żyć w relacji z Duchem Świętym.

—  Pan Jezus żył i żyje Duchem Świętym. Kiedy Jezus w czasie ziemskiego życia przemierzał ziemię, Duch działał w Nim i przez Niego. Po wniebowstąpieniu Jezusa i Zesłaniu Ducha Świętego Jezus działa w Duchu i przez Ducha. Dlatego, jeśli ktoś naprawdę ma w sobie Ducha, to nie może być obojętny wobec Jezusa. Duch zawsze prowadzi do relacji z Nim. Jeśli tej relacji z Duchem Świętym nie ma, trudno też mówić o głębokiej relacji z Jezusem, bo tego nie da się rozdzielić. Duch Święty jest Osobą – rzeczywistością bardzo konkretną. On działa. Jest nam dany w chrzcie św., w bierzmowaniu, w Kościele, w modlitwie, w sakramentach. Pytanie brzmi tylko: czy my jesteśmy z Nim w relacji? Bo może być tak, że Duch chce działać, wspiera nas nieustannie, modli się w nas i chce nas prowadzić, ale my Go prawie nie bierzemy pod uwagę. Kiedy pytamy czasem wiernych: „Czy wierzysz w Boga?”, większość odpowiada: „Tak”. Ale na pytanie: w jakiego Boga wierzysz? Czy wierzysz w Boga Ojca, Boga Syna i Boga Ducha Świętego? Niektórzy się wahają. Czy naprawdę wierzę, że Duch Święty jest Osobą, która działa, prowadzi i przenika moje życie? Czy też wierzę tak po prostu w Boga. Wszyscy przecież powtarzamy co niedzielę: „Wierzę w Ducha Świętego”. Ale czy żyjemy tą wyznawaną prawdą, że On naprawdę jest? 

— Czasem można mieć wrażenie, że nasze kościoły raczej gasną, niż płoną ogniem Ducha Świętego.

— Jeśli tracimy świadomość obecności Ducha Świętego, stajemy się chrześcijanami, którzy już nikogo nie rozpalają, którzy nie mają w sobie ognia. Czasem patrząc na nasze kościoły, można niestety odnieść takie wrażenie. Ale Duch Święty działa nadal. On jest Duchem ożywiającym. Tchnie tam, gdzie chce. Problem polega często na tym, że my nie odpowiadamy na Jego działanie. Nie płoniemy już tym samym ogniem, którym płonęli apostołowie po Pięćdziesiątnicy. Oni wtedy przestali się bać. Wyszli z zamknięcia. Nie bali się nawet oddać życia za Jezusa. I właśnie tego nam dziś często brakuje – odkrywania na nowo, czym naprawdę jest tchnienie Ducha, życie w Duchu Świętym i w konsekwencji bycie uczniem-głosicielem Chrystusa.

— Może właśnie II Synod Diecezji Sosnowieckiej jest momentem, w którym Duch Święty chce na nowo rozpalić nasz Kościół?

— Sam pomysł synodu, samo przygotowanie do niego to już jest działanie Ducha Świętego. Pytanie brzmi tylko: czy my się na to Boże tchnienie otworzymy? Jeśli Zesłanie Ducha Świętego było wyjściem Kościoła z lęku i zamknięcia, to synod też może być próbą wyjścia z naszych przyzwyczajeń, schematów i obaw. To szansa, by nie opierać się wyłącznie na naszych pomysłach, lecz pozwolić się prowadzić Duchowi Świętemu. Synod oczywiście ma swoją strukturę, cele i konkretne zadania. Ma pomagać Biskupowi Arturowi w duszpasterskim prowadzeniu diecezji. Ale jednocześnie może stać się czymś naprawdę życiodajnym dla całego Kościoła sosnowieckiego.

— A jakie są dziś te największe lęki i przyzwyczajenia, z których Kościół powinien wyjść?

— Tych lęków jest bardzo wiele i pojawiają się na różnych poziomach życia Kościoła. Nie chciałbym ich katalogować, bo łatwo byłoby wejść w subiektywne oceny. Ale wydaje mi się, że najważniejszą przestrzenią działania Ducha Świętego jest dziś kwestia relacji i komunikacji między ludźmi. Jeśli pozwolimy Duchowi działać właśnie tam – także przez metodę rozmowy w Duchu Świętym – to wiele rzeczy, które dziś wydają się zamknięte, trudne albo niemożliwe do rozwiązania, zacznie się otwierać. Dlatego lepiej koncentrować się na tym, co Duch może i chce zrobić niż ciągle wracać do tego, co było złe. Oczywiście trzeba mieć świadomość błędów, ran czy potknięć. Trzeba je naprawiać. Ale ważniejsze jest pytanie: co Duch może jeszcze z nami zrobić – albo lepiej: na co Mu pozwolimy?

— To ciekawe, bo kiedy słucha się papieża Leona XIV, bardzo często wraca temat relacji.

— Relacje same w sobie nie są celem. Są drogą do czegoś większego, do budowania wspólnoty wokół Jezusa Chrystusa. I właśnie tym w swoim najgłębszym sensie jest synodalność. Jeśli dobrze wejdziemy rzeczywistość synodu, zaczniemy to odkrywać. Nawet logo naszego synodu ukazuje ludzi połączonych ze sobą. Nie chodzi jednak o relacje dla samych relacji, ale o tworzenie Kościoła, który żyje bliskością Boga i człowieka. Bo Duch Święty sam jest relacją Ojca i Syna. On jest więzią miłości Ojca i Syna. I może właśnie dlatego tam, gdzie naprawdę pozwala Mu się działać, człowiek przestaje myśleć kategoriami walki, wpływów czy udowadniania racji. Zaczyna się myśleć i żyć relacyjnie.

— Ksiądz użył słowa „synodalność”. To słowo dziś wielu ludziom źle się kojarzy. Jak odróżnić prawdziwą synodalność od zwykłej walki opinii albo wpływów?

— Myślę, że trzeba wrócić do Ewangelii. Jezus w modlitwie arcykapłańskiej mówi: „Uświęć ich w prawdzie. Słowo Twoje jest prawdą”. To jest klucz do zrozumienia synodalności. Synodalność zaczyna się od słuchania Słowa. Od wsłuchiwania się w Ewangelię, w prawdę Jezusa Chrystusa. Od medytowania nad nią. Od dzielenia się nią z innymi. Jeśli naprawdę zaczniemy słuchać Słowa i siebie nawzajem w świetle tego Słowa, wtedy synodalność przestanie być teorią. Bo synodalność to nie parlament ani walka poglądów. To wspólne słuchanie Boga. Dlatego tak ważne jest słuchanie innych ludzi. Nawet tych, których wcześniej uznalibyśmy za „nie naszych”, niewygodnych albo trudnych. Duch Święty może przecież powiedzieć nam coś bardzo ważnego także przez tego, który stoi na naszej drodze, a nawet tego człowieka, którego najchętniej byśmy odrzucili.

— Synodalność kojarzy się z mówieniem, a tymczasem rodzi się z ciszy i słuchania. Dlaczego bez nich nie da się usłyszeć Ducha Świętego?

— Zanim człowiek zacznie coś mówić, musi najpierw usłyszeć. Dlatego synodalność potrzebuje ciszy, tej zewnętrznej i tej głębszej – wewnętrznej, w której człowiek przestaje słuchać wyłącznie siebie. Duch Święty mówi nieustannie, ale bardzo często jesteśmy zbyt pełni własnych myśli, emocji i słów, żeby usłyszeć Jego głos. A kiedy naprawdę usłyszę ten Głos, wtedy nie mogę już mówić jedynie tego, co sam wcześniej założyłem, wymyśliłem albo co chciałbym powiedzieć. Wtedy muszę dawać świadectwo tej prawdzie, którą Duch pozwolił mi usłyszeć. Tylko taką Prawdę powinienem wypowiadać.

— Na czym w praktyce polega rozmowa w Duchu Świętym, która stała się jednym z najważniejszych języków synodalności?

— To rozmowa oparta na słuchaniu. Najpierw słuchamy Słowa Bożego. Potem słuchamy tego, co Duch mówi w nas, w naszym sercu i naszym umyśle. A później dzielimy się tym we wspólnocie. Nie chodzi jedynie o emocjonalne wrażenia czy prywatne wizje. Chodzi o doświadczenie człowieka zakorzenionego w modlitwie, w wierze, w słuchaniu Boga. I wtedy odkrywamy coś bardzo ważnego: Duch działa w każdym inaczej. W różny sposób. On rozdziela swoje dary tak, jak chce.

— Czy da się dziś przewidzieć owoce synodu?

— Nie. I chyba nie trzeba. Oczywiście możemy mieć różne oczekiwania. Dla mnie jednym z najpiękniejszych owoców byłoby to, gdybyśmy po zakończeniu synodu diecezjalnego naprawdę nauczyli się słuchać Ducha Świętego. Gdyby rozmowa w Duchu Świętym nie została tylko metodą spotkań synodalnych, ale stała się częścią zwyczajnego życia parafii, wspólnot i duszpasterstw, a nawet rozmów w domu i rodzinie. Moim marzeniem jest, abyśmy na spotkaniach, w grupach, we wspólnotach naprawdę się pytali: co Duch mówi dziś Kościołowi?

— Mówiąc o Duchu Świętym, trudno nie zapytać o tzw. „upadki w Duchu”. Dlaczego ten temat budzi tyle emocji?

— Nie mam osobistego doświadczenia takich sytuacji. Ale wierzę, że Duch Święty działa tak, jak chce. Jeśli chce kogoś dotknąć w sposób bardzo mocny, również przez zewnętrzne doświadczenie, może to zrobić. Natomiast najważniejsze jest coś innego: otwartość na Ducha Bożego i świadomość, że kiedy otwieram się na Niego, mogę doświadczyć czegoś, czego wcześniej się nie spodziewałem. W relacji z Duchem Świętym nie same nadzwyczajne doświadczenia są najważniejsze, ale owoce Jego działania we mnie.

— Ale jak odróżnić prawdziwe działanie Ducha od zwykłego emocjonalizmu albo pogoni za niezwykłością?

— Trzeba uczyć się słuchać Ducha. To jest trudne, ale to jest istota bycia człowiekiem Ducha. Święty Cyryl Jerozolimski pisał, że Duch Święty jest jeden i ten sam, ale rozdziela swoje dary każdemu inaczej: jednemu daje mądrość, innemu proroctwo, komuś innemu dar miłosierdzia czy rozeznania. Duch działa różnorodnie. Dlatego nie można Go zamknąć w jednym schemacie. Klucz pozostaje ten sam: słuchać Jezusa. Papież Benedykt XVI pisał, że Ducha Świętego nie odnajduje się w odejściu od Jezusa, ale w coraz głębszym wejściu w Niego. On jest żywym Słowem. „Słowo jest siedzibą Ducha, a Jezus jest źródłem Ducha”. Duch jest „tchnieniem Syna”. Dlatego człowiek otrzymuje Ducha nie obok Słowa, ale właśnie w spotkaniu ze Słowem. Kiedy człowiek pochyla się nad Ewangelią, to Chrystus tchnie w niego swoim Duchem. Papież Benedykt pisał, że im głębiej człowiek zanurza się w Jezusa obecnego w Słowie, tym bardziej Duch Święty zaczyna przenikać jego życie. Może właśnie tego dziś najbardziej nam brakuje: nie kolejnych religijnych słów o Jezusie, ale zatrzymania przy Ewangelii tak długo, aż Duch naprawdę zacznie przez to Słowo oddychać w człowieku.