„Boga można upuścić. Można Go zignorować. Można Go zadeptać. Eucharystia jest najmniejszym i najbardziej poruszającym szczytem Bożej bezbronności.”

Publikujemy pełny tekst homilii wygłoszonej przez bp. Artura Ważnego podczas Mszy Świętej i procesji do czterech ołtarzy w uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa w parafii pw. Podwyższenia Krzyża Świętego w Sosnowcu.

Boże ciało – Bezbronna Miłość

Kiedy już za chwilę wyjdziemy z tej świątyni i w uroczystym procesyjnym kroku przemierzymy ulice naszego miasta, będziemy nieść w dłoniach Kogoś, Kto z bezgranicznej miłości do nas stał się… bezbronny. Czy zastanawialiście się kiedyś nad głębią tej tajemnicy? Bóg, którego stwórcze słowo powołuje do istnienia konstelacje gwiazd i niezmierzone galaktyki, staje się tak nieskończenie mały, że mieści się w zagłębieniu ludzkiej dłoni. Można Go upuścić, można Go zignorować, można Go zadeptać. Eucharystia to najmniejszy, najbardziej poruszający szczyt Bożej bezbronności.

W jednym ze swoich płomiennych kazań święty Augustyn zwrócił się do wiernych ze słowami, które do dziś budzą w nas święte drżenie, ale i napełniają zachwytem:

„Bądźcie tym, co widzicie, i przyjmijcie to, czym jesteście”.

Cóż to oznacza dla naszej codzienności? Widzisz Chleb – masz sam stać się chlebem, który syci innych. Widzisz Ciało wydane – masz stać się życiem wydanym z miłości dla sióstr i braci.
Dziś, w Uroczystość Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa, liturgia słowa prowadzi nas przez niezwykłą duchową topografię: od surowych piasków Synaju, przez ukryte labirynty ludzkiego serca, aż po intymne światło Wieczernika. Zatrzymajmy się wspólnie przy kilku drogowskazach, które Bóg z miłością kreśli dziś na mapie naszej egzystencji.

Pamięć pustyni, czyli syndrom „duchowej amnezji”
„Pamiętaj na wszystkie drogi, którymi cię prowadził Pan, Bóg twój […] na pustyni”

Mojżesz w pierwszym czytaniu zwraca się do ludu, który stoi u wrót Ziemi Obiecanej. Za chwilę ich tułaczka dobiegnie końca – będą mieli bezpieczne domy, dorodne winnice i pełne spiżarnie. I właśnie w tym momencie w sercu Mojżesza rodzi się głęboki lęk. Nie obawia się on militarnych wrogów ani trudów drogi; lęka się ich nadchodzącego dobrobytu. Boi się, że w sytości serca po prostu… zapomną. Dlatego z mocą woła: „Pamiętaj”.

Współczesna psychologia zna pojęcie amnezji następczej – to stan, w którym człowiek żyje wyłącznie chwilą obecną, całkowicie tracąc pamięć o tym, co ukształtowało go wcześniej.

My, dzisiejsi chrześcijanie, niezwykle często zapadamy na tę dotkliwą „duchową amnezję”. Kiedy w naszym życiu wszystko układa się pomyślnie, kiedy portfel jest pełny, a zdrowie dopisuje, natychmiast wymazujemy z pamięci doświadczenie pustyni. A przecież to właśnie tam – jak czule pisze prorok Ozeasz – Bóg wyprowadza człowieka, by mówić wprost do jego serca. Pustynia w Piśmie Świętym nigdy nie jest ostateczną karą; jest przestrzenią mistycznych zaręczyn, gdzie nie ma już nic i nikogo oprócz Boga i ciebie. To tam, w ciszy piasku, uczyłeś się, że każdy dzień jest czystym darem, bo ożywcza manna spadała z nieba tylko na jedną dobę. Nie dało się jej zabezpieczyć ani zgromadzić na zapas.

Eucharystia jest najskuteczniejszym lekarstwem na tę naszą ludzką niepamięć. Biblijne słowo Anamneza (Pamiątka) w liturgii Kościoła nie oznacza jedynie sentymentalnego wspomnienia z przeszłości – tak jak ze wzruszeniem ogląda się stary album z fotografiami. Liturgiczne nakazy Chrystusa: „To czyńcie na moją pamiątkę” to realne, mistyczne uobecnienie. Kiedy kapłan wyciąga dłonie i wypowiada słowa konsekracji, nie odgrywamy historycznego teatru. My naprawdę tam jesteśmy! Przeszłość w ułamku sekundy staje się drgającą teraźniejszością. Jesteśmy w Wieczerniku!

Wyobraź sobie, że całe twoje dotychczasowe życie jest listem. Bardzo często patrzymy wyłącznie na jego ostatnie linijki – bywają one nagryzmolone w pośpiechu, pełne bolesnych emocji, lęku czy łez. Eucharystia pozwala ci przeczytać ten list od samego początku i z zachwytem dostrzec, że na marginesach każdego, nawet najciemniejszego dnia, Bóg swoim niezmiennym pismem kreślił słowa: „Jestem przy tobie”. Jeśli nie będziesz pielęgnować pamięci o swoich osobistych pustyniach i o tym, jak cudownie Bóg cię z nich wyprowadzał, twój zachwyt nad Najświętszym Sakramentem utknie na poziomie chłodnej estetyki i wzruszeń, zamiast dotknąć głębi twojej egzystencji.

Pokarm, który nie syci egoizmu, lecz rodzi głód Boga
„Żywił cię na pustyni manną, której nie znali twoi przodkowie”

Manna była pokarmem na wskroś tajemniczym. Samo hebrajskie wyrażenie „man hu” oznacza dosłownie pełne zdumienia pytanie: „Co to jest?”. Izraelici nie potrafili tego zjawiska nazwać ani ująć w znane ramy. Tak samo Bóg karmi nas dzisiaj czymś – a raczej Kimś – Kto nieskończenie wymyka się naszym ciasnym ludzkim definicjom, pojęciom i logice kalkulacji.

Święty Tomasz z Akwinu, genialny doktor Kościoła i autor natchnionych tekstów liturgicznych na dzisiejszą uroczystość, zapisał w poruszającej sekwencji Lauda Sion wiekopomne słowa: „Przyjmuje jeden, przyjmują tysiące, każdy z nich otrzymuje dokładnie tyle samo”. Chrystus w łamaniu Chleba nie dzieli się na mniejsze cząstki w tym sensie, że ktoś otrzymuje Go „mniej” lub „bardziej ubogo”. On w każdej najmniejszej okruszynie daje się nam bez reszty, w całości, z całym swoim bóstwem i człowieczeństwem.

Spójrzmy na to przez pryzmat naszej codzienności. Żyjemy w drapieżnej kulturze nieustającej konsumpcji, która karmi nas tandetnymi fast-foodami: emocjonalnymi, duchowymi i materialnymi. Kupujemy coraz więcej, konsumujemy coraz szybciej, a tymczasem wewnętrzna pustka w naszych sercach rośnie w zastraszającym tempie. Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ karmimy zupełnie niewłaściwy głód. Człowiek nosi w sobie głęboką, nieskończoną przestrzeń, którą stworzył sam Bóg, i rzeczą skrajnie niedorzeczną jest próba zapełnienia tej nieskończoności rzeczami skończonymi i przemijającymi. To tak, jakbyśmy umierając z pragnienia na pustyni, próbowali ugasić je słoną, morską wodą – każdy łyk tylko potęguje ból.

Manna na Synaju i Chleb w Eucharystii mają jedną, genialną cechę wspólną: nie sycą człowieka w sposób egoistyczny. Msza święta nie jest po to, abyś po przyjęciu Komunii zamknął oczy i poczuł się „święty, bezpieczny i odizolowany” w swojej prywatnej, komfortowej relacji z Jezusem. Eucharystia to cudowny Pokarm, który… rozbudza jeszcze większy głód! Im częściej Go przyjmujesz, tym mocniej tęsknisz. Im bardziej Nim żyjesz, tym bardziej stajesz się głodny drugiego człowieka – głodny jego obecności, czuły na jego rany, wrażliwy na jego cichą biedę.

Komunia, czyli Krew, która tętni w jednym Ciele
„Kielich błogosławieństwa, który błogosławimy, czyż nie jest udziałem we Krwi Chrystusa? Chleb, który łamiemy, czyż nie jest udziałem w Ciele Chrystusa?”

Święty Paweł w drugim czytaniu dotyka samej mistycznej istoty tego, co wydarza się na naszych oczach podczas każdej Mszy świętej. Używa monumentalnego greckiego słowa koinonia – które oznacza głębokie uczestnictwo, najściślejszą wspólnotę, całkowite zjednoczenie.

Ojcom Kościoła niezwykle mocno zależało na tym, aby ukazać uderzający realizm tego zjednoczenia. Święty Jan Chryzostom z zapierającą dech w piersiach odwagą pisał, że Chrystus dosłownie „zmieszał się z nami”, wlał swoje Święte Ciało w naszą kruchą egzystencję, abyśmy stanowili jedno, tak jak głowa w naturalny sposób połączona jest z członkami. To nie jest metafora literacka! To nie jest poetycka figura retoryczna. To jest realna, duchowa transfuzja Krwi!

Pomyślmy przez chwilę o medycznej procedurze transfuzji. Kiedy człowiek w wyniku ciężkich ran traci krew, drastycznie słabnie, mdleje i nieuchronnie umiera. Potrzebuje Dawcy. My, z powodu naszych codziennych grzechów, egoizmu, paraliżujących lęków i niewierności, znajdujemy się w stanie permanentnego, duchowego wykrwawiania się. Tracimy siły, by kochać, tracimy zdolność do przebaczania w naszych małżeństwach, rodzinach, w naszej codzienności i w kapłaństwie. I wtedy, na ołtarzu, staje przed nami Boski Dawca. W tym świętym momencie dokonuje się kosmiczna transfuzja. Jezus pochyla się nad tobą i mówi cicho: „Weź moją Krew. Niech w twoich zranionych żyłach zacznie tętnić Moje własne życie. Moje myślenie, Moje najczystsze reakcje, Moja zdolność kochania”.

Jednak Apostoł Narodów idzie jeszcze o krok dalej. Skoro wszyscy spożywamy z jednego i tego samego Chleba, to mocą Ducha Świętego stajemy się jednym Ciałem. To potężne, wręcz wstrząsające wyzwanie – zarówno liturgiczne, jak i społeczne. Nie masz prawa przyjmować z drżeniem Ciała Chrystusa z rąk kapłana przy ołtarzu, jeśli równocześnie z pogardą patrzysz na Jego Ciało – kogoś siedzącego w ławce obok ciebie. Nie możesz z miłością mówić „Amen” Chrystusowi ukrytemu w białej Hostii, jeśli w tym samym czasie mówisz raniące „nie” swojemu mężowi, swojej żonie, sąsiadowi, porzuconemu ubogiemu czy obcemu. Eucharystia bezwzględnie rozbija nasz ciasny indywidualizm. Ołtarz w kościele i stół w twoim domu to są naczynia połączone. Jeśli w ludzkim organizmie krew nie dopływa do któregoś z członków, nieuchronnie następuje martwica. Jeśli w Kościele, w naszych wspólnotach, parafii czy rodzinach zamiera miłość, to znak, że egoizmem zablokowaliśmy życiodajny przepływ tej Boskiej Krwi.

Kto spożywa ten Chleb, nosi w sobie gen wieczności
„Kto spożywa moje Ciało i pije moją Krew, ma życie wieczne, a Ja go wskrzeszę w dniu ostatecznym”

W ten sposób docieramy do samego pulsującego serca Ewangelii według świętego Jana. Jezus, przemawiając w synagodze w Kafarnaum, wypowiada słowa, które głęboko zszokowały i zgorszyły Jego ówczesnych słuchaczy. Używa tam niezwykle mocnego, wręcz fizykalnego greckiego czasownika – co w dosłownym tłumaczeniu oznacza nie tyle ogólne „spożywać”, ile „gryźć”, „żuć”. Jezus z premedytacją posługuje się tak dosadnym językiem, ponieważ pragnie nam uświadomić, że wiara w Niego nie może być jedynie powierzchowną ideologią; musi być wewnętrzna, dogłębnie przetrawiona, wchłonięta przez całą naszą istotę.

W tym miejscu nasze serca biegną ku Maryi – Niewieście Eucharystii, jak pięknie nazwał Ją święty Jan Paweł II. Zanim Jezus stał się łamanym Chlebem na ołtarzu świata, najpierw stał się żywym Ciałem pod niepokalanym sercem Dziewicy. Maryja jako pierwsza w dziejach przeżyła swoją osobistą „Eucharystię”. Przez dziewięć błogosławionych miesięcy Jej łono było najświętszym Wieczernikiem, a Jej własna krew karmiła Syna Bożego. Kiedy nosiła Go w sobie, spiesząc przez góry do swojej krewnej Elżbiety – szła w istocie w pierwszej procesji Bożego Ciała w historii ludzkości!

To Maryja uczy nas najpiękniej, co to znaczy nosić w sobie żywego Boga i z pokorą nieść Go tam, gdzie ludzie płaczą i Go potrzebują.

Cóż to jednak oznacza dla nas w wymiarze czysto egzystencjalnym, że człowiek „ma życie wieczne”? To nie jest obietnica, która dotyczy wyłącznie dalekiej przyszłości po naszej śmierci. Życie wieczne zaczyna się teraz, w tej minucie! Kto z wiarą przyjmuje Eucharystię, ten zostaje zaszczepiony przeciwko śmierci. Śmierć biologiczna przestaje być wtedy przerażającym końcem, katastrofą nicości – staje się jedynie łagodnym przejściem, zmianą ziemskiego ubrania na szatę chwały. Przyjmując Chrystusa, zaczynamy nosić w sobie Boże DNA.

Wyobraźcie sobie małe ziarno rzucone głęboko w ciemną glebę. Z ludzkiej perspektywy wygląda ono tak, jakby umierało, butwiało i bezpowrotnie znikało w ziemi. Jednak w jego wnętrzu zakodowany jest potężny, niewidzialny program życia, którego martwa ziemia nie jest w stanie zniszczyć ani zatrzymać. Eucharystia jest właśnie takim niezniszczalnym „ziarnem nieśmiertelności”, które Bóg regularnie wrzuca w naszą szarą, śmiertelną codzienność.

Moje i twoje ciało z biegiem lat może słabnąć, na twarzy mogą pojawić się zmarszczki, może przyjść choroba i nieunikniona starość – ale w samym centrum mojego istnienia – dzięki Eucharystii – bije i tętni wiecznie młode, nieśmiertelne Serce samego Boga.

Kończąc tę refleksję, pragnę zapisać w waszych sercach jeden, szczególny obraz. Kiedy za chwilę wyruszymy w procesji, kapłan z najwyższą czcią ujmie w dłonie monstrancję. Cudowne, łacińskie słowo monstrare oznacza: pokazywać, odsłaniać, czynić widocznym. Monstrancja, którą zobaczymy, zachwyca swoim pięknem – jest złota, lśniąca, często wysadzana drogocennymi kamieniami. Jednak ona sama w sobie, mimo całego swego kunsztu, nie ma żadnego znaczenia. Liczy się wyłącznie to, co znajduje się w jej samym centrum – skromna, biała, cicha Hostia.

Bóg ma dzisiaj, w to wielkie święto, jedno ogromne pragnienie: chce, abyś to ty i abym ja stał się taką żywą monstrancją. Masz wyjść z tego kościoła, przekroczyć próg świątyni i wejść w wielką procesję swojego codziennego, zwyczajnego życia: do hałaśliwej fabryki, do urzędu, do szkoły, do domowej kuchni, do szpitalnej sali.

Ludzie, z którymi dzielisz codzienność, tak często nie otwierają już stron Ewangelii, nie przekraczają progów kościołów. Jedyną Ewangelią, jaką mogą w swoim życiu przeczytać, jest tekst twojego postępowania. Jedynym Bogiem, jakiego mogą spotkać i zobaczyć, jest Ten, którego my im „pokażemy” – odsłonimy w naszej cierpliwości, w naszym szczerym uśmiechu, dobrym słowie, w naszej gotowości do przebaczenia, w naszej bezbronnej, bezinteresownej miłości.

Nie bądźmy więc jedynie pięknymi, lecz pustymi, złotymi naczyniami. Bądźmy ludźmi z krwi i kości, w których piersiach bije żywe, miłosierne Serce Jezusa.

Przyjmijmy Go dzisiaj w Komunii świętej tak, jakby to był nasz pierwszy raz w życiu, jakby to był nasz ostatni raz na tej ziemi i jakby to był ten jedyny, najważniejszy raz. Pozwólmy Mu na tę cudowną, uzdrawiającą transfuzję miłości.

fot: Jarosław Olesiński