„Jeśli nie ma prawdy o sobie, święta stają się tylko religijną dekoracją”

Jest proboszczem parafii Wszystkich Świętych w Siemoni. Ale kiedy się z nim rozmawia, szybko okazuje się, że najczęściej idzie przez Wielki Tydzień w towarzystwie św. Teresy od Dzieciątka Jezus. Nie jako patronki „od obrazka”, ale jako przewodniczki. To ona uczy go jednego: że liturgię przeżywa się miłością. A kiedy jest zaangażowane serce  (miłość) – nic się nie dłuży. Nawet Wielki Tydzień. Ks. Marek Wyjadłowski, uformowany przez ćwiczenia ignacjańskie, mówi o Wielkim Tygodniu bez skrótów i bez religijnej kosmetyki. O zdradzie, o słabości, o ciszy, która potrafi boleć. I o tym, że bez prawdy o sobie święta mogą zatrzymać się na poziomie dekoracji.

– Po co są nam Wielki Poniedziałek, Wielki Wtorek i Wielka Środa?

– Może zacznijmy od Niedzieli Palmowej. Mamy tam proroctwo z Księgi Zachariasza: król sprawiedliwy, zwycięski, a jednocześnie pokorny wjeżdża do Jerozolimy. To jest wypełnienie proroctwa, ale też bardzo konkretne ustawienie perspektywy, że Jezus zwycięży poprzez pokorę, poprzez cierpienie. To już jest zapowiedź zwycięstwa. I ważne jest, żebyśmy mieli tę perspektywę przed oczami, kiedy przeżywamy wydarzenia Wielkiego Tygodnia.

Natomiast Wielki Poniedziałek, Wtorek i Środa to czas przygotowania. Taki rozbieg przed najważniejszymi dniami roku, przed Triduum Paschalnym, kiedy dokonało się nasze zbawienie. Na początku Wielkiego Tygodnia z jednej strony żyjemy normalnie: praca, obowiązki, dom. Ale z drugiej, warto mieć w sobie świadomość, że zbliża się coś bardzo ważnego. W duchowości chrześcijańskiej mówimy o chodzeniu w obecności Boga. To znaczy, że nawet w zwykłych czynnościach można kierować myśl ku Niemu. I to jest właśnie sens tych dni, nie zmiana kalendarza, ale zmiana wnętrza.

– Kościół prowadzi nas wtedy przez teksty o zdradzie Judasza, zaparciu się Piotra. Mocne, niewygodne. Dlaczego te teksty nas wtedy prowadzą?

– Bo Wielki Czwartek w którym Pan Jezus ustanowił sakramenty Eucharystii i Kapłaństwa, jest dniem wierności, wobec swojego powołania i miłości do Najświętszego Sakramentu. A zdrada Judasza i zaparcie się Piotra są bardzo konkretną przestrogą. Pokazują, co się dzieje, kiedy człowiek przestaje opierać się na Jezusie, a zaczyna opierać się na sobie. Judasz był nieuczciwy, wykradał pieniądze, nie był szczery wobec Jezusa i apostołów. I ta nieuczciwość, która mogła wydawać się „niewielka”, doprowadziła go do katastrofy. Z kolei Piotr składał wielkie deklaracje: „Nigdy Cię nie opuszczę”, „Oddam za Ciebie życie”. Ale to były deklaracje powierzchowne. Nie było za nimi głębokiego zakorzenienia w Chrystusie. I dlatego przyszło zaparcie. To pokazuje bardzo jasno: same słowa nie wystarczą. Nawet najpiękniejsze.

– Początek Wielkiego Tygodnia to jest moment, żeby zobaczyć siebie bez upiększeń?

– Tak. I to jest moment bardzo potrzebny. Wszyscy jesteśmy na tej samej płaszczyźnie, księża, świeccy. Każdy z nas może w pewnych sytuacjach zaprzeć się Chrystusa, a nawet Go zdradzić. Dlatego potrzebna jest pokora i uczciwość wobec siebie: jestem słaby, jestem grzeszny. To dotyczy każdego. Bez tego nie ma prawdziwego wejścia w Wielki Tydzień.

– Wielka Środa bywa nazywana dniem zdrady. My też często jesteśmy Judaszami, dlaczego?

– Bo każdy grzech jest jakąś niewiernością wobec Boga. Może nie zawsze tak dramatyczną jak zdrada Judasza, ale zawsze jest odwróceniem się od Niego. Jeśli człowiek tego w sobie nie zobaczy, to święta przeżyje powierzchownie. Nawet jeśli będzie na wszystkich liturgiach. To może być przeżycie religijne, ale bez odniesienia do siebie. A wtedy wszystko zostaje na zewnątrz.

– Nasze Babcie na początku Wielkiego Tygodnia, przygotowywały dom na święta, ale też był to dla wcześniejszych pokoleń czas wyciszenia, czy to nie jest tak, że dziś często zostają same porządki.

– I to jest właśnie pewne niebezpieczeństwo. Z jednej strony przygotowania są dobre, sprzątanie, gotowanie, troska o dom. To podkreśla uroczystość świąt. Ale jeśli zatrzymamy się tylko na tym, to może się okazać, że to jest niewystarczające i zbyt powszednie , aby zaspokoić nasze pragnienia. (zacznie nam przeszkadzać). Dlatego potrzebne jest wyciszenie. My żyjemy w ogromnym pośpiechu, jesteśmy przebodźcowani. A człowiek naprawdę potrzebuje pokoju serca. Bez tego święta mogą nas tylko zmęczyć. Dużo pracy, dużo napięcia, a potem przychodzi frustracja i poczucie, że czegoś zabrakło. Bo jeśli zabraknie odniesienia do Boga, to nawet najlepsze spotkanie rodzinne nie da pełnej radości. Człowiek potrzebuje czegoś więcej.

– Św. Augustyn powiedziałby: niespokojne serce, dopóki nie spocznie w Bogu.

– Tak. I to jest bardzo prawdziwe. Z doświadczenia widzę, że najbardziej potrzebujemy pokoju serca. I często próbujemy go znaleźć w różnych miejscach: w używkach, w rozrywce, w ciągłym zagłuszaniu siebie. To wszystko jest próbą znalezienia ukojenia, tylko w niewłaściwym kierunku. Człowiek tak naprawdę szuka ciszy. Ja to bardzo widzę w ćwiczeniach ignacjańskich. Tam fundamentem jest cisza. Na początku jest trudna, człowiek się z nią mierzy, czasem ucieka. Ale potem okazuje się, że ona naprawdę leczy. Pojawia się spokój, radość, nawet sen się poprawia. Dlatego wyciszenie jest tak ważne.

– Tylko że w praktyce, przy obowiązkach, to jest bardzo trudne.

– Tak, zwłaszcza w rodzinie. Dlatego nie chodzi o jakieś idealne warunki, które często są niemożliwe. Bardziej o to, żeby próbować „chodzić w obecności Boga”. To mogą być bardzo proste rzeczy: słuchanie radia religijnego, podcastów, chwila zatrzymania w ciągu dnia. To pomaga nie zgubić tego, co najważniejsze. Bo całkowite wyciszenie w Wielkim Tygodniu bywa po prostu nierealne.

– „Jaki Wielki Tydzień, taki cały rok” – coś w tym jest?

– Może być w tym pewna intuicja. Dobrze przeżyty Wielki Tydzień może być początkiem wzrostu duchowego. Może coś w człowieku uruchomić. Ale nie można tego traktować magicznie. To nie działa tak, że „udało się” i już wszystko będzie łatwe. Każdy dzień to jest zmaganie o modlitwę, o prawdę, o relację z Bogiem.

– Co jest najważniejsze?

– Stawanie w prawdzie. Człowiek ma dużą skłonność do oszukiwania samego siebie. Pisał o tym Viktor Frankl. A życie w zakłamaniu jest destrukcyjne. Dlatego trzeba podejmować trud „odkłamywania” siebie. To często boli, ale jest konieczne.

– Co szczególnie warto przeżyć w Triduum?

– Bardzo ważnym momentem jest Wigilia Paschalna i odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych. To jest konkret. Można wtedy świadomie wyrzec się zła i oddać się Jezusowi. Często człowiek doświadcza tego, że sam sobie nie radzi ze słabościami, emocjami, grzechami. I wtedy może powiedzieć bardzo prosto: „Panie Jezu, nie radzę sobie oddaję to Tobie”. To jest moment realnej decyzji. Ale też moment bilansu naszej religijności. Chora religijność bardzo często objawia się pychą, wyniosłością nawet jeśli ktoś dużo mówi o Bogu. Można „głosić Boga”, a w rzeczywistości modlić się do siebie. Jak faryzeusz z Ewangelii: „Dziękuję Ci, że nie jestem jak inni”. A celnik mówił: „Boże, miej litość dla mnie, grzesznika”. I to on odszedł usprawiedliwiony. To jest klucz Wielkiego Tygodnia i naszej osobistej religijności – skruszone serce. (lub też:  Kluczem do Wielkiego Tygodnia i naszej osobistej religijności jest – skruszone serce. )

Rozmawiała Dominika Bem