W Sanktuarium św. Brata Alberta w Krakowie bp Artur Ważny wygłosił homilię, w której przypomniał, że świętość nie jest skończonym obrazem, ale dziełem, które Bóg każdego dnia dopisuje w człowieku. Przywołując niedokończone Ecce Homo, biskup mówił o odwadze miłosierdzia, które nie zatrzymuje się na „ładnych obrazkach chrześcijaństwa”, ale pozwala dawać się łamać jak chleb. Przeczytaj całość.
Sztuka ucieczki w głąb
Czcigodne i Drogie Siostry Albertynki, Strażniczki dziedzictwa tej niezwykłej miłości! Drodzy Bracia i Siostry, Przyjaciele tego Świętego Domu!
Gromadzimy się dzisiaj w Krakowie – mieście, którego bruki pamiętają ciężki krok kuśtykającego mnicha w zniszczonym, szarym habicie. Człowieka, który rzucił wyzwanie krakowskiej elicie artystycznej, by stać się żywą ikoną Ewangelii. Przeżywamy ten odpust nie jako sentymentalne wspomnienie genialnego malarza, który „zmarnował talent” dla nędzarzy, ale jako prowokujące uderzenie w naszą duchową ospałość.
Liturgia Słowa, którą Pan nam dziś daje, nie jest laurką. To podręcznik radykalnej transformacji. Adam Chmielowski, zanim stał się Bratem Albertem, musiał przeżyć głębokie pęknięcie – moment, w którym dotychczasowe piękno płótna przestało mu wystarczać, bo zobaczył piękno zeszpecone w człowieku. Spójrzmy na cztery odsłony tej tajemnicy, które Pan rozświetla swoim Słowem.
Przejście od posiadania do bycia ubogim
Pierwsze czytanie z Księgi Proroka Izajasza wprowadza nas w istotę Alberta powołania. Słyszymy tam słowa, które w warunkach krakowskiej ogrzewalni przy ulicy Skawińskiej stały się dosłownym programem działania:
„Dzielić swój chleb z głodnym, do domu wprowadzić biednych tułaczy, nagiego, którego ujrzysz, przyodziać i nie odwrócić się od współziomków”.
Izajasz nie mówi o teoretycznej filantropii, o rzuceniu grosza z bezpiecznej odległości. Mówi o wpuszczeniu biedy do własnego wnętrza, do własnego domu. Adam Chmielowski, jako ceniony artysta, miał prawo do własnego salonu, do estetycznego dystansu wobec świata. Jednak to biblijne wezwanie zrealizował z przerażającą wręcz dosłownością. Kiedy wszedł do krakowskiej miejskiej ogrzewalni – miejsca pełnego smrodu, przemocy i ostatecznego ludzkiego upadku – nie założył komitetu pomocy. On tam zamieszkał. Przeniósł swoje rzeczy, swoje marzenia i swoje kalectwo do świata tych, którzy nie mieli nic.
Intrygujące jest to, że Izajasz łączy tę bezkompromisową duszpasterską gościnność z natychmiastową obietnicą Boga:
„Wtedy twoje światło wejdzie jak zorza”. Adam szukał światła w sztuce, w idealnych proporcjach i grze barw na płótnie. Odnalazł je jednak dopiero w nocy krakowskiego getta nędzy.
Prawdziwe ubóstwo albertyńskie to nie jest brak funduszy w zakonnej kasie, ale permanentny brak zgody na to, by moje własne bezpieczeństwo było ważniejsze niż wołanie drugiego człowieka. Brat Albert zrozumiał, że nie można uratować tonącego, stojąc na suchym brzegu i rzucając mu teoretyczne porady; trzeba wejść w tę samą topiel i ryzykować utratę własnego gruntu pod nogami.
Prawdziwe kapłaństwo serca
Przechodząc do drugiego czytania z Listu św. Pawła Apostoła do Efezjan, dotykamy tajemnicy tożsamości, którą Brat Albert wyrył w sercach swoich sióstr i braci. Paweł pisze:
„Bądźcie więc naśladowcami Boga, jako dzieci umiłowane, i postępujcie drogą miłości, bo i Chrystus was umiłował i wydał samego siebie za nas w ofierze i dani na wdzięczną wonność Bogu”.
Te słowa rzucają snop światła na najbardziej znane zdanie Adama Chmielowskiego: „Trzeba być jak chleb, który dla każdego leży na stole, z którego każdy może kęs dla siebie ukroić i nakarmić się, jeśli jest głodny”.
Zauważmy głęboką symbiozę między pawłową „wdzięczną wonnością ofiary” a albertyńskim zapachem świeżego chleba. Chleb na stole nie wybiera, kto go ułamie. Nie pyta o życiorys, o moralną czystość, o to, czy ktoś na ten kęs zasłużył. Leży i daje się niszczyć, dawać życie, aż do ostatniej okruszyny.
To jest niesamowicie intrygujący komentarz do naszej współczesnej mentalności, która domaga się selekcji: komu warto pomóc, a kto na pomoc nie zasługuje. Paweł gasi te kalkulacje jednym zdaniem: „Chrystus was umiłował i wydał samego siebie”. Bez warunków wstępnych. Albert nie widział w żebrakach marginesu społecznego – widział w nich sponiewieranego Króla, Ecce Homo, obraz Boga, z którego ktoś brutalnie zdarł godność.
Kiedy stajemy się bezużytecznymi sędziami ludzkich upadków, przestajemy pachnieć Chrystusem, a zaczynamy cuchnąć urzędniczą obojętnością.
Każda siostra albertynka, każdy chrześcijanin zapatrzony w Alberta, jest wezwany do bycia taką „wdzięczną wonnością” w miejscach, gdzie świat pachnie wyłącznie rozpaczą, alkoholem i potępieniem.
Wolność od porównywania
W responsorialnym Psalmie 34, który dziś śpiewamy, znajduje się klucz do wewnętrznej wolności, jaką cieszył się Brat Albert mimo potwornego ciężaru, który dźwigał. Słyszymy tam wyznanie:
„Chcę błogosławić Pana w każdym czasie, na ustach moich zawsze Jego chwała. Dusza moja lubuje się w Panu, niech słyszą to pokorni i niech się weselą. Spójrzcie na Niego, a rozpromienicie się radością, a oblicza wasze nie zapłoną wstydem”.
Kiedy patrzy się na historię życia Chmielowskiego, uderza jego niesłychana wolność od ludzkiej opinii. Malarze z kręgu krakowskiej bohemy, przyjaciele z młodzieńczych lat, pukali się w czoło. Mówili, że oszalał, że zmarnował genialną kreskę, że jego proteza i artystyczne wyczucie utonęły w błocie ludzkiej nędzy. Gdyby Albert spoglądał na opinie ówczesnych krytyków sztuki, jego oblicze zapłonęłoby wstydem i lękiem.
Ale psalmista daje inną receptę: „Spójrzcie na Niego, a rozpromienicie się radością”. Albert nie patrzył na to, co mówią salony. Patrzył w oczy Chrystusa i w oczy krakowskich nędzarzy. Tam odnajdywał potwierdzenie swojej drogi.
To lekcja dla nas, zwłaszcza w chwilach zniechęcenia, gdy duszpasterstwo czy posługa charytatywna wydają się nie przynosić spektakularnych owoców. Porównywanie się ze standardami tego świata, który mierzy wszystko sukcesem i lajkami, to najprostsza droga do duchowej depresji. Albert uczy nas, że jedynym prawdziwym sukcesem jest wierność własnemu, niepowtarzalnemu powołaniu.
Jeśli wasze oczy, drogie siostry, będą zapatrzone w wielkość struktur tego świata, wasza codzienność wyda się wam niewolą; jeśli jednak w szarym habicie ujrzycie szatę królewskich posłańców, każdy dzień stanie się hymnem uwielbienia. Prawdziwa radość pokornych rodzi się tam, gdzie człowiek przestaje udawać kogoś innego i zgadza się na bycie kruchym narzędziem w ręku Boga.
Miłość bezwarunkowa i paschalna
Wreszcie szczyt dzisiejszej Liturgii Słowa – Ewangelia według św. Jana. Słyszymy w niej absolutny testament Jezusa, który Brat Albert przepisał na swoje życie nie atramentem, ale własną codziennością:
„To jest moje przykazanie, abyście się wzajemnie miłowali, tak jak Ja was umiłowałam. Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich. Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję”.
Zwróćmy uwagę na ten intrygujący radykalizm: „tak jak Ja was umiłowałem”. Jak kocha Jezus? Kocha marnotrawnie. Kocha do utraty sił, do przebitego boku, do totalnego ogołocenia na krzyżu. Brat Albert zrozumiał, że w miłości nie ma bezpiecznych granic, za którymi można powiedzieć: „Zrobiłem już wystarczająco dużo, teraz czas na mój odpoczynek”. On oddał swoje życie za przyjaciół, którymi dla niego stali się ludzie bezdomni, odrzuceni przez system, nierzadko agresywni i niewdzięczni.
W tym punkcie kryje się potężna prawda egzegetyczna: Jezus nie nazywa biednych „podopiecznymi” czy „klientami” duszpasterstwa. Nazywa ich przyjaciółmi. Albert nie przychodził do ogrzewalni jako wielki pan dobrodziej, który zniża się do motłochu. Przychodził jako brat. Zrównał się z nimi w statusie społecznym, stał się jednym z nich, by podnieść ich z kolan.
Miłość paschalna to nie jest dawanie tego, co mi zbywa – to dawanie siebie samego do tego stopnia, by w moim sercu nie zostało już żadne prywatne terytorium wolne od ludzkiego bólu. Wasza posługa, drogie siostry, i nasza chrześcijańska tożsamość weryfikują się właśnie tutaj: czy potrafimy w drugim człowieku, zwłaszcza tym trudnym i poranionym, zobaczyć kogoś, za kogo Chrystus oddał krew i kogo nazwał swoim przyjacielem.
Zgoda na bycie niedokończonym obrazem
Moi Drodzy! Brat Albert zostawił na sztalugach swój najsłynniejszy obraz – Ecce Homo. Obraz genialny, przejmujący, a jednocześnie… formalnie niedokończony. Albert przestał go malować, bo uznał, że ważniejsze jest formowanie żywego obrazu Boga w ludzkich duszach.
To najpiękniejsza metafora jego i naszego życia. Nasza świętość na ziemi zawsze będzie miała charakter takiego niedokończonego dzieła, księgi bez kropki, w której Bóg każdego dnia dopisuje kolejne akty miłosierdzia.
Drogie Siostry Albertynki! Życzę wam z całego serca, aby wasz szary habit nigdy nie stał się jedynie muzealnym eksponatem, ale by zawsze pachniał tym chlebem, który leży na stole dla każdego. Bądźcie odważne w szukaniu dzisiejszych ogrzewalni – tych miejsc w ludzkich sercach, gdzie panuje mróz samotności, cynizmu i odrzucenia. Nie bójcie się nocy tego świata, bo wasze światło ma wschodzić jak zorza.
Święty Bracie Albercie, patronie krakowskich ulic i ludzkich zakamarków – módl się za nami, abyśmy mieli odwagę przestać malować ładne obrazki naszego chrześcijaństwa, a zaczęli wreszcie dawać się łamać jak chleb.
Idźmy stąd rozpromienieni Jego radością, gotowi, by nie odwracać się od żadnego z naszych współziomków.



