Publikujemy homilię bp. Artura Ważnego wygłoszoną 15 sierpnia w bazylice katedralnej Wniebowzięcia NMP w Sosnowcu podczas Mszy św. odpustowej. Biskup mówił o Maryi, która pokazuje, że chrześcijańska nadzieja obejmuje całego człowieka – także jego ciało, codzienność i to, co po ludzku wydaje się kruche. Wniebowzięcie nie odrywa nas od ziemi. Przeciwnie: przypomina, dokąd prowadzi życie oddane Bogu.
Pomiędzy słońcem a kurzem drogi
Liturgia dzisiejszej uroczystości zderza ze sobą dwa z pozoru odległe światy. Z jednej strony stawia przed naszymi oczami kosmiczny majestat z Księgi Apokalipsy: Niewiastę obleczoną w słońce, księżyc pod Jej stopami i wieniec z dwunastu gwiazd. Z drugiej – prowadzi nas do zwyczajnego, zakurzonego domostwa w Ain Karim, gdzie dwie kobiety witają się uściskiem, a pod ich sercami pulsuje nowe życie. Dwie kobiety w stanie błogosławionym – po ludzku patrząc: jedna za stara na dziecko, druga zbyt młoda na matkę – ściskają się nawzajem, a nienarodzony kuzyn Jezusa podskakuje z radości.
Kiedy słyszymy słowo „Wniebowzięcie”, jakże łatwo ulec pokusie myślenia, że to opowieść o ucieczce. Że Maryja została po prostu uniesiona ponad ten świat – bezpieczna, daleka, odcięta od ludzkiego trudu, od naszych niepokojów, samotności i codziennych pęknięć. To nie jest ewakuacja Maryi przez Boga z tego świata. Święty Jan Chryzostom przypominał, że Maryja nie została wzięta do nieba po to, by uciec od ziemi, ale by niebo sprowadzić w najciemniejsze zakamarki ludzkiego losu.
Wniebowzięcie nie jest oderwanym od życia dogmatem. Wniebowzięcie to potężny manifest tego, do czego powołany jest każdy z nas. Bóg nie wzgardził człowiekiem. Nie wzgardził naszą codziennością, naszym ludzkim ciałem, naszym znojem i zmęczeniem. Zadajmy sobie dzisiaj to jedno niepokojące pytanie – co to znaczy być człowiekiem „wniebowziętym” na ziemi? I dlaczego niebo tak bardzo przysłoniły nam dymy naszych własnych wojen, chociaż stawiamy wieżowce sięgające coraz wyżej i budujemy je coraz szybciej?
W starożytnej tradycji chrześcijańskiej Maryję nazywano Typus Ecclesiae – Pierwowzorem, Ikoną i Zwierciadłem Kościoła. To, co w Niej już osiągnęło pełnię, jest obietnicą, ale przede wszystkim stylem życia i posługiwania Kościoła tu i teraz.
Jeśli chcemy zrozumieć, jaki powinien być współczesny Kościół w świecie pełnym napięć i zagubienia, jacy my powinniśmy być – musimy spojrzeć w Jej oblicze.
Kościół wolny od logiki walki
W apokaliptycznej wizji obok Niewiasty pojawia się Smok – ognisty, groźny, gotowy pożreć Życie. Jakże prosto byłoby uznać, że Smok to wyłącznie ci „na zewnątrz”: przeciwnicy, krytycy, ludzie myślący i żyjący inaczej niż my. Łatwo przychodzi nam wskazywać palcem zagrożenia za kościelnym murem!
Pismo Święte przypomina jednak, że Smok to przede wszystkim Oskarżyciel – duch podziału, pychy i nieprzejednania. Św. Augustyn przestrzegał: „Smok znajduje miejsce w ludzkim sercu nie wtedy, gdy kusi do wielkiej zbrodni, lecz wtedy, gdy wmawia człowiekowi, że brat stał się jego wrogiem”.
Czy nie widzimy tego cienia wokół nas? Żyjemy w czasach głębokiej polaryzacji, w kulturze plemiennych sporów, w której racje buduje się na poniżaniu drugiego, a język staje się narzędziem eliminacji, zamiast spotkania. Co się dzieje dzisiaj przy naszych niedzielnych stołach, przy których bliscy przestają ze sobą rozmawiać, bo opowiedzieli się po różnych stronach politycznego sporu? Co się dzieje w naszych domach, na ulicach, w mediach i – powiedzmy to ze wstydem – wewnątrz samego Kościoła?
Czy Smok nie pożera naszej zdolności do bycia jednym narodem? Jesteśmy popękani i skłóceni jak chyba nigdy w powojennej historii. Wykopaliśmy głębokie okopy, a słowa zamieniliśmy w pociski. Po jednej stronie „prawdziwi Polacy” i „jedyni prawowierni katolicy”, po drugiej „nowocześni” i „wyzwoleni”. Jedni patrzą na drugich z wyższością, drwiną i pogardą, a niejednokrotnie z nienawiścią.
Najbardziej niebezpieczna pokusa pojawia się wtedy, gdy do tych doczesnych wojen próbuje się zaprzęgać Ewangelię – gdy wiarę traktuje się jak sztandar w sporze o wpływy, a krzyżem próbuje się uderzać w inaczej myślących. Kiedy sacrum staje się narzędziem doraźnej walki, nie bronimy Boga – my Go zasłaniamy, zniekształcamy.
A jak odpowiada Maryja – wzór Kościoła? Ona nie wstępuje na arenę przemocy. Nie odpowiada krzykliwą ripostą na agresję. Apokalipsa mówi, że Niewiasta chroni się na pustyni – w przestrzeni ciszy, modlitwy i wewnętrznej wolności.
Stając dzisiaj przed Bogiem, musimy sobie i naszej Ojczyźnie postawić diagnozę: jak uleczyć tę głęboką ranę? Jak zastosować Słowo Boże, by stało się balsamem, a nie kolejnym orężem w bitwie?
Przede wszystkim musimy stanowczo zatrzymać instrumentalizację i bezczeszczenie Ewangelii. Słowo Boże nie jest i nigdy nie może być amunicją w walce o polityczną władzę! Ewangelia nie jest orężem do podbijania sondaży, pałką na przeciwników ani dekoracją na wiecach. Kiedy używamy Chrystusa jako broni w ziemskich utarczkach, nie bronimy wiary – my ją profanujemy. Odzieramy ją z duchowej mocy i sprowadzamy do poziomu chłodnej ideologii, która zamiast leczyć serca, jeszcze głębiej je rani.
Uleczenie naszej kościelnej i narodowej społeczności wymaga konkretnych decyzji i zmiany postępowania: Po pierwsze – jednostronnego rozbrojenia języka. Słowo ma moc uśmiercania i moc dawania życia. Jako ludzie wierzący musimy jako pierwsi odrzucić język pogardy, hejtu i stygmatyzowania. Nawet wtedy, gdy ktoś myśli całkowicie inaczej niż my.
Po drugie – musimy porzucić pokusę wykorzystywania wiary do celów innych niż duchowe. Kościół nie może być rzecznikiem żadnej partii ani opcji. Naszą jedyną opcją musi być Chrystus i człowiek – zwłaszcza ten pogubiony, odrzucony i idący pod prąd.
Po trzecie – praktykować odważny swoisty „sakrament rany”, czyli znak i narzędzie, którym każda rana może stać się kanałem dla Bożej łaski.
Kościół w Polsce nie potrzebuje pychy ani udawania idealnej instytucji. Potrzebujemy stawania w prawdzie i potrzebujemy pokory Maryi, która nie boi się zejść do tych, którzy są poranieni przez grzech, przez krzywdę, przez błędy ludzi Kościoła. Jeśli będziemy ukrywać zło, usprawiedliwiać grzechy, także ludzi Kościoła czy rzucać kamieniami w innych, to Smok pożre to, co w nas najcenniejsze – naszą wrażliwość i zdolność do miłości, naszą wiarę oraz wiarygodność.
Kościół bliskości i czułości
Drugie czytanie przynosi fundamentalną prawdę: „W Chrystusie wszyscy będą ożywieni… potem ci, co należą do Chrystusa” (1 Kor 15, 22–23).
Wniebowzięcie to pełna rehabilitacja ludzkiej natury. Bóg nie zbawia nas w sposób abstrakcyjny. Zabrał do nieba Maryję z Jej ciałem, z Jej historią, z Jej dotykiem: z dłońmi spracowanymi codziennością, ze spojrzeniem pełnym łez spod krzyża.
To prawda niezwykle konkretna. Jakże pragmatycznie i niebezpiecznie traktujemy dzisiaj ludzkie ciało. Współczesny świat popada bowiem w skrajności:
Z jednej strony panuje absolutny kult fizyczności: siłownie, medycyna estetyczna, zachwyt i pogoń za wieczną młodością, jakby to ciało miało trwać bez końca. Z drugiej strony – przerażająca, chłodna pogarda dla ciała, gdy staje się ono słabe, chore, nieużyteczne, nienarodzone lub stare.
Dlaczego pytania o ochronę życia, aborcję, eutanazję czy opuszczenie ludzi chorych czy starszych tak bardzo nas dzielą i wywołują tyle krzyku? Bo zapomnieliśmy o tajemnicy Wniebowzięcia!
Jeśli ciało jest tylko maszyną do generowania przyjemności i wydajności, to gdy spowolnieje lub się zepsuje – wyrzuca się go na margines. Ale jeśli ciało Maryi – ciało Matki ze spuchniętymi od ciężkiej pracy dłońmi, z twarzą naznaczoną bruzdami troski i łzami pod krzyżem – zostało wzięte do samego wnętrza Trójcy Świętej, to znaczy, że każde ludzkie ciało jest święte i nosi w sobie godność wieczności!
Dogmat o Wniebowzięciu woła: każde ludzkie istnienie nosi w sobie zadatek wieczności! Święty Ireneusz z Lyonu pozostawił nam zdanie, które powinno być wyryte w każdym szpitalu, w każdym sejmie i w każdym konfesjonale: „Chwałą Boga jest żyjący człowiek, a życiem człowieka jest oglądanie Boga.” Chwałą Boga nie jest ideologiczne zwycięstwo w politycznej awanturze. Chwałą Boga nie jest krzywdzący transparent ani obelga rzucona na ulicy. Chwałą Boga jest żyjący człowiek, będący po prostu człowiekiem.
Nie człowiek z abstrakcyjnych haseł. Chwałą Boga jest konkretny człowiek z jego cichym, poranionym życiem. To ta przerażona, samotna dziewczyna, która siedzi dziś w pustym pokoju na sosnowieckim osiedlu z dodatnim wynikiem testu ciążowego i dławiącym strachem w gardle. Płacze, bo nie wie, za co kupi chleb, a ojciec dziecka właśnie wyłączył telefon i zniknął.
To ten schorowany, opuszczony starszy pan, który od tygodni nie usłyszał niczyjego głosu, a jego jedynym towarzyszem jest szum telewizora i drżące dłonie, którymi próbuje odkręcić flakonik z lekiem. To ten czternastoletni chłopiec, poraniony tożsamościowo, który nie wie, kim jest, wyśmiewany w szkole, który co noc tuli głowę w poduszkę, myśląc, że jest bezwartościowy i że świat byłby lepszy bez niego. To ta wykończona matka, która od dwudziestu lat nie przespała ani jednej całej nocy, opiekując się dorosłym dzieckiem z niepełnosprawnością, i pyta w cichości serca: „Boże, co z nim będzie, gdy moje dłonie opadną z sił albo gdy mnie zabraknie?”.
Czym na ich krzyk ma odpowiedzieć żywy Kościół, który wpatruje się w Maryję? Nie potępieniem! Nie bezdusznym paragrafem! Nie osądzającym wzrokiem czy krzykliwym transparentem! Odpowiedzią Chrystusa jest dłoń, która mocno ściska dłoń cierpiącego. Odpowiedzią jest przyjazne słowo i otwarty dom, podzielony chleb, bezpieczna przestrzeń i miłość, która nie pyta o zasługi, ale przytula i nosi ciężary drugiego człowieka. Na wzór Maryi Wniebowziętej.
Kościół w działaniu
W Ewangelii widzimy Maryję, która po zwiastowaniu nie zamyka się w samouwielbieniu. Wybiera drogę w góry, do Elżbiety – idzie, by służyć. Tam rozbrzmiewa Jej Magnificat: pieśń o Bogu, który strąca władców z tronów pychy, a wywyższa pokornych; nasyca głodnych, a sytych odprawia z pustymi rękami.
Magnificat to najbardziej rewolucyjny tekst w historii świata. To nie jest słodka, kościelna kołysanka. To jest wywrócenie naszych ludzkich układów, struktur władzy i pychy do góry nogami.
Magnificat to nie sentymentalna poezja – to program ewangelicznej odnowy. Pokazuje, że wielkość rodzi się z prostoty i bezinteresowności.
Bracia i siostry, przyjrzyjmy się naszemu życiu. Pędzimy bez tchu. Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, których nawet nie lubimy. Żyjemy w ciągłym lęku. A obok nas ludzie umierają z głodu – nie tylko chleba, ale akceptacji, czułości i zwykłego pytania: „Co u ciebie?”.
Jeśli pytamy z niepokojem: dlaczego młodzi ludzie odchodzą z Kościoła? Dlaczego pustoszeją ławki? Odpowiedź jest w Magnificat. Młodzi nie tyle odchodzą od Chrystusa. Młodzi uciekają od naszej nudnej, sytej, skostniałej i często obłudnej religijności, w której brak żywego zachwytu, w której zakazy przesłoniły Miłość, a biurokracja zabiła relację. Uciekają stąd, gdzie nie ma miejsca na ich trudne pytania i wątpliwości, gdzie nie szuka się z nimi na nie odpowiedzi.
Jeśli nasz Kościół nie zacznie śpiewać Magnificat własnym życiem – prostotą, otwartością, służbą najuboższym, obecnością i tworzeniem przestrzeni dla młodych – będziemy budować tylko ładne, ale puste muzea.
Maryja miała tylko jedno słowo: Fiat – „Niech mi się stanie”. I to jedno czyste słowo zmieniło bieg dziejów.
Kościół przyszłości to Kościół w drodze do Ain Karim: wychodzący bez lęku, niosący Boga w cichej posłudze, słuchający i autentyczny.
Sprowadzić niebo na ziemię
Stając w ten sierpniowy dzień wpatrzeni w tajemnicę Wniebowzięcia, prośmy o odwagę do przemiany naszych serc i naszej wspólnoty.
Matko Wniebowzięta, Patronko tej katedry i tego miasta.
Stajemy przed Tobą dzisiaj z podniesioną głową, ale i z cichym, skruszonym sercem. Ty, która nosisz na sobie olśniewający blask nieba, ale pamiętasz twardy, gorący kurz palestyńskich dróg. Matko, która przyjęłaś pod krzyżem każdą i każdego z nas – bez wyjątku.
Zwracamy się do Ciebie dzisiaj jako Twoje dzieci: Przynosimy Ci naszą Polskę – tak piękną, a tak cierpiącą na brak miłości, szacunku i przebaczenia. Przynosimy Ci nasz Kościół – prosząc o dar oczyszczenia, głębokiej odnowy i powrotu do prostej, ewangelicznej miłości. Przynosimy nasze rodziny, młodzież i dzieci, sosnowieckie ulice, zakłady pracy i ciche, samotne wieczory.
Prosimy Cię, wyproś nam u Twojego Syna oczy pełne czułości – abyśmy w drugim człowieku widzieli brata, a nigdy przeciwnika. Naucz nas kruszyć mury naszych uprzedzeń i uczyć się odważnego przebaczenia. Daj nam moc śpiewania Magnificat życiem w świecie, który pogrąża się w narzekaniu. I spraw, abyśmy pamiętali, że choć nasze ostateczne przeznaczenie jest w niebie, to nasza misja realizuje się tu i teraz – w konkretnym, prostym geście miłości ku drugiemu człowiekowi.
Zabierz nas teraz do Ain Karim, a w godzinę śmierci do Nieba!



